Archiwum dla: Luty, 2015

Rozdział 23

przez , 27.lut.2015, w Bez kategorii

Witajcie Kochani!

To już ostatni rozdział części pierwszej.  Pierwszy rozdział części drugiej pt. ” Pamięć” ukaże się na dniach. Dziękuję wszystkim, którzy do tej pory śledzili i komentowali tego bloga:) Zachęcam do dalszego czytania i wyrażania opinii. W zakładkach dodany został spis treści dla pierwszej części, z czasem pojawi się dla drugiej i potem trzeciej. Aha i w zakładce Bohaterowie dodane zostały dwie postaci. A teraz już treść ;)

Jasnowłosy mężczyzna otworzył drzwi swojego mieszkania. Sciągnął z siebie jasną, sztruksową kurtkę i powiesił na wieszaku, w małej szafie w przedpokoju. Zsunął ze stóp buty i nie dbając o ich uporządkowanie poszedł dalej. Skierował się do barku i nalał sobie do szklanki odrobinę whisky. Wypił jednym haustem. Skrzywił się nieznacznie i otarł usta dłonią. Wszystko już postanowione. Wyjeżdżają. Dostał zgodę dyrektora na przeniesienie się do innego miasta. Musiał zadzwonić do Sally. Nie wyobrażał sobie kupować w pośpiechu nowego mieszkania i tworzenia imitacji nowego życia na łapu capu. Sally nie powinna stwarzać mu problemów, w końcu od ok. roku męczy go, by odwiedził ją i jej małą córeczkę. Nalał sobie jeszcze whisky i ze szklanką w dłoni podszedł do okna. Było wczesne popołudnie. Grupy dzieciaków wracały ze szkół, rodzice przyprowadzali maluchy z przedszkoli. Przed blokiem panował wesoły rozgardiasz. W jego głowie kotłowało sie jedno słowo. Wyjeżdżali. Tak kazał mu Marcos. Jego rozsądek również mu to podpowiadał. Przecież nie mogli spokojnie czekać, naiwnie licząc że tamta czarna suka będzie grzeczna i nie odwiedzi ich któregoś dnia. Poza tym, w głębi duszy pragnął wyjechać z jeszcze jednego powodu. Liczył, że zmiana otoczenia pozwoli Lizzy zapomnieć. Upił łyk. Lizzy…ile by dał, by uchronic ją przed tym diabelskim epizodem w jej życiu. Westchnął. CZekała go trudna rozmowa. Wiedział, że dziewczyna nie będzie chciała wyjechać, wiedział również, że nie mozna dłużej czekać. Dopił whisky i wyszedł z mieszkania kierując się pietro niżej.
Elisabeth w tym czasie zajmowała się sprzątaniem. W ciągu ostatnich 24 godzin stało się to jej ulubionym zajęciem. Sprzątała, nie zważając, że wszystko już niemal błyszczało i pachniało czystością. Gdy pucowała wannę, odkurzała bądź ścierała kurze skupiała na tym całą swoją uwagę, nie musiała myśleć o niczym innym. Gdy był u niej Oliver, jego obecność podnosiła ją na duchu, jednak nie mógł spędzać przy niej całego dnia. Pracował, miał swoje sprawy, życie. Bardzo dużo dla niej robił. Nie oczekiwała tego, a on jednak był, pomagajac jej przejść przez ten etap w jej życiu. Dzwonek do drzwi sprawił, że zastygła w półruchu. Ściągnęła z rąk rękawiczki ochronne i odłożyła różową gąbkę. Wyszła z łazienki i poszła otworzyć. Jeszcze zanim złapała za klamkę wiedziała, kto jest po drugiej stronie.
- Cześć – powitała go z udawaną radością, na którą nie dał się nabrać. Nie chciała, by czuł się źle w jej towarzystwie, nie chciałą się ciągle mazać.
- Cześć – odparł, całując ją w policzek. – Znowu sprzątasz? – uniósł brwi i pokręcił głową.
Wzruszyła tylko ramionami. Poczłapała do kuchni i nastawiła czajnik z wodą.
- Napijesz się czegoś?
- Jeśli ty też będziesz coś piła, to chętnie. – usiadł przy stole i zaczął nerwowo stukać palcami w blat stołu. – Lizzy.. – zaczął niepewnie. Nie miał pojęcia jak zacząć. W końcu postanowił nie bawić się w podchody. – Musimy wyjechać.
Dziewczyna ostrożnie odstawiła czajnik i położyła na stole dwa kubki kawy.
- Ale ja się nigdzie nie wybieram – odparła zadziwiająco spokojnie.
- Lizzy…
- Dość. – spojrzała na niego pełnymi gniewu, zmieszanego ze zmęczeniem oczami. – Wiem co chcesz powiedziec. Marcos odszedł, Iris jest nieobliczalna, musimy się ratować i bla bla bla, ale nie bawię się w to. Chcesz wyjechać, proszę bardzo, ja nie zamierzam raz na kilka miesięcy się przeprowadzać. Mam zamiar zacząć normalne życie, rozumiesz?! Normalne. Mam po dziurki w nosie demonów i tych całych czary mary. Chcę zacząć nowe życie, bez tego. Ale tu. Tu, Oliverze Fork, bez uciekania. Chcesz to wyjeżdżaj, ale ja nie dam się zastraszyć. Bo nie wierzę, że za miesiąc nie będziemy musieli tego ponawiać. Zostaję tu i albo zginę albo w końcu zacznę życ. – pojedyńcza łza wymknęła jej się spod powieki. Otarła ją z irytacją. Okrążyła stół i poszła do łazienki, zamknęła za sobą drzwi na kluczyk.
Westchnął ciężko i poszedł za nią. Pociągnął za klamkę. Zamknięte. Zapukał.
- Lizzy…
- Oliver, odpuść. Nie zmienię zdania.
- Jesteś niedorzeczna! – wrzasnął na nią i ponowił pukanie. – Elisabeth, nie zachowuj się, jak dzieciak, tu chodzi o życie.
- O właśnie. – otworzyła drzwi i posłała mu nieugięte spojrzenie. – O życie, moje życie, więc pozwól, że będę sama o nim decydować. Nigdzie nie jadę! – wydarła się i zatrzasnęłą mu drzwi przed nosem.
- Elisabeth Wright !! – ponownie zaczął się dobijać – Ty…. brak mi słów na ciebie!
- I dobrze – usłyszał jej nadąsany głos z łazienki. Po chwili usłyszał pociąganie nosem.
-Lizzy, gwarantuję ci, że to będzie ostatnia przeprowadzka..
- Nie. – chlipnęła. – Nie. I jeśli dalej masz zamiar naciskać to idź już. W ogóle możesz nie przychodzić, jeśli chcesz się ze mną spierać.
Ponownie westchnął. Przeczesał dłonią włosy. Podjął decyzję. Od samego początku chciał to zrobić, czuł że będzie prościej dla wszystkich.. coś go jednak powstrzymywało. Teraz jednak miał niemal nóż na gardle. Dni mijały, oni dalej byli w tym samym miejscu. Za dwa dni miał zacząć pracę w nowym mieście. Nie mógł czekać tygodni, nim ona sama zrozumie to i owo. JEśli w ogóle by zrozumiała.
- Już dobrze.. niech będzie po twojemu. Napijesz się wina?
Chwila ciszy, po której drzwi się otworzyły i ujrzał jej zapłakaną twarz.
- Chętnie..- chlipnęła.
Pocałował ją w czoło.
- Skoczę tylko do mieszkania po wino. Zaraz wracam.
Przeskakując co dwa stopnie, kierował się do swojego mieszkania. Targały nim sprzeczne emocje. Wiedział, że to dobre rozwiązanie, wiedział, że jedyne. Otworzył drzwi i wyciągnął z szafki wino. W sypialni zaczął grzebać w szufladzie pełnej skarpet. Wyciągnął ukrytą tam, malutką buteleczkę. Pospiesznie powrócił do jej mieszkania. Opuściła już łazienkę. Siedziała przy stole w kuchni, opierała głowę na podciągniętych kolanach i wsłuchiwała się w kobiecy głos wydobywający się z radiowych głośników.
Gdy wszedł do mieszkania, nieznacznie uniosła głowę do góry. Uśmiechnął się do niej pojednawczo. Postawił butelkę na stole.
- Pójde po kieliszki. W szafce pod telewizorem?
Skinęła nieznacznie głową.
Blondym wyciągnął kieliszki. Do jednego z nich wkropił 10 kropel płynu. Pospiesznie schował buteleczkę do kieszeni. Wrócił do kuchni. Postawił naczynia obok zlewu i znalazł w szufladzie korkociąg. Lizzy patrzyła na to wszystko tępym wzrokiem, co jakiś czas posyłając mu wymuszone uśmiechy. Oliver nalał wina do kieliszków. Podał jej jeden z nich. Musiał to zrobić i w jakiś sposób nawet chciał.. tylko dlaczego jakaś część jego duszy tak parszywie się z tym czuła?
- Wznieśmy toast. Za byłe i przyszłe, by było lepsze.- uniósł swój kieliszek do góry, stuknął w krawędź jej naczynia. Patrzył jak wypija całość i wyciąga ręke po więcej. – Nalej mi. Chcę się upić.
Niepewnie dolał jej czerwonego trunku. Zamoczył usta w swoim naczyniu.
-Wiesz jaki jest tu problem? – przechyliła kieliszek, opróżniając go do dna. – Lej! – rozkazała. – Ja jestem po prostu naiwną idiotką. – jej wzrok się zamglił. Zmrużyła oczy chcąc poprawić ostrość widzenia, na nic się to zdało. Zlapała się za głowę i straciła świadomość.
- Lizz! – Oliver złapał ją, chroniąc przed upadkiem z krzesła. Nagle nawiedził go strach. Marcos nie wspominał o utracie świadomości. On o czymś takim nie słyszał ani nie czytał. Przeniósł ją delikatnie na sofę. Odetchnął, gdy zdał sobie sprawę, że oddycha. Jej serce pracowało równo i bez zarzutu. Zdawała się spać. Złapał ją za rękę i usiadł obok. Mógł teraz tylko czekać aż się obudzi.

To była najdłuższa godzina w życiu Olivera Forka. Mężczyzna czuł strach zaciskający swoją dłoń na jego gardle. Aż w końcu otworzyła oczy. Jęknęłą cicho i przeczesała włosy.
- Co się stało? Gdzie ja jestem? Ty… Kim pan jest? – wodziła rozbieganym, przerażonym spojrzeniem po ścianach.
Scisnął mocniej jej dłoń.
- Spokojnie, nic ci nie grozi. Wiesz jak się nazywasz?
- Elisabeth Wright. Ale to nie jest moje mieszkanie.
Oliver wziął głęboki oddech. Utkwił w niej łagodne i poważne spojrzenie.
- Posłuchaj, Lizzy, masz częściową amnezję.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Ja jestem Oliver Fork, twój…chłopak.
Roześmiała się.
- Wkręca mnie pan. – wstała i zastygła w bezruchu, niepewna tego, co powinna uczynić i dokąd się udać.
- Nie, Lizzy, spójrz. – wyciągnął telefon i pokazał dziewczynie zdjęcia, które kiedyś razem robili. – Znasz mnie a ja znam ciebie.
Zagubiona dziewczyna ponownie usiadła na sofie.
- Dlaczego nie jestem w szpitalu?
Olivera zaskoczyło to pytanie. Postanowił improwizować, mając nadzieję, że Elisabeth nie ma zbyt rozległej wiedzy o medycynie.
- Początkowo byłaś, ale wypisali cię. Źle tam sie czułaś, a twój stan był stabilny. Te zaniki pojawiają się coraz rzadziej. Właściwie, od ponad roku żaden nie miał miejsca.
- Aha. – tyle tylko była w stanie powiedzieć. – Moja mama nie żyje, prawda?
Oliver skinął lekko głową. Dotknął jej dłoni. Drgnęła ale nie cofnęła jej. Była zagubiona, w głowie miała chaos, jednak czuła, że może mu ufać.
- Więc jesteś moim chłopakiem.. mieszkamy tu?
Uśmiechnął się lekko.
- Do tej pory mieszkaliśmy oddzielnie. W pracy przeniesli mnie ostatnio do innego miasta. Mieliśmy tam zacząć nowe, wspólne życie. Jutro rano planowaliśmy wyjazd. Moja kuzynka obiecała gościć nas przez pewien czas, aż nie znajdziemy własnego mieszkania.
Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę w milczeniu.
- Jutro wyjeżdzamy? – spytała cicho badając wzrokiem jego twarz.
Pokiwał głową.
- Spakowałam się?
- Jeszcze nie.
- Pomożesz mi? – zapytała nieśmiało. – Nawet nie wiem, gdzie trzymam ubrania.
– Jasne – wyciągnął ku niej rękę i zaprowadził do jej sypialni.
Podczas pakowania Elisabeth wciąż była skołowana. Nie miała pojęcia czy robi dobrze. Ten mężczyzna. Wywoływał u niej pozytywne emocje. I zdjęcia… musiał mówić prawdę…Jednak, czuła, że było coś jeszcze, coś, czego nie potrafiła sobie przypomnieć. Coś, o czym zapomniała, a co zdawało się być niezwykle istotne. Postanowiła jednak nie martwić tym i tak zatroskanego już Olivera. Widziała strach i niepokój w jego oczach. Zostawiła więc własne odczucia dla siebie i uśmiechając się do niego lekko pakowała swoje rzeczy do dużej, czerwonej walizki. Postanowiła zdać się na los i powitać nowe życie z otwartymi ramionami.

25 komentarze więcej...

Rozdział 22

przez , 26.lut.2015, w Bez kategorii

Nie spała. Jej powieki jednak wciąż były zamknięte. Nie miała ochoty ich otwierać. Nie miała ochoty na nic. Czuła się jakby lewitowała w próżni. Chciała walczyć. Zdecydowała się zaufać mu i poczekać, aż będzie gotów się zmienić. A nie było to dla niej łatwe.. wiele ją kosztowało rozmyślanie, co robi, ile istnień danego dnia wymazał.. ona chciała walczyć, a on się poddał. Jakby tylko czekał na prekekst. Pojawia się jakaś demoniczna lafirynda a on zrezygnował z wszystkiego i śmiał jeszcze powiedzieć, że nie ma na to wpływu..
Poczuła czyjeś silne, ramiona, które obejmowały ją i przyciągały do siebie. Czuła ciepły oddech na policzku. Zwinęła się w kłębek i zacisnęłą mocniej powieki,pod którymi robiło się coraz bardziej wilgotno.
- Nie płacz… – usłyszała jego szept. – Lizzy, proszę nie płacz już. Wiem, że ci smutno, ale..
- Nie! – odsunęła się od niego i zerwała się z łóżka. Zaczęła bez celu krążyć po sypialni. – Nie wiesz, Oliverze. Nic nie wiesz. Jestem wściekła, rozumiesz. Wściekła! – złapała za mały wazonik, stojący na szafce i cisnęła nim przed pokój. Tania porcelana rozbiła się z głośnym trzaskiem. – On mnie oszukał.. oszukał…. – zanosząc się kolejną falą płaczu osunęła się po ścianie na podłogę.
Mężczyzna podszedł do niej cierpliwie gładząc ją po włosach i starając się uspokoić.
- Mógł ją zabić, zrobić cokolwiek. – łkała, mocząc rękaw jego koszuli. – Nie zrobił nic. Zabawił się i wrócił do swoich…Nigdy nie okazywał mi miłości… zabawił się. .. Mógł ją zabić! – powtórzyła, jakby ten fakt bolał ją najbardziej.
- Może nie mógł. – odezwał się Oliver łagodnie.
Uniosła na niego błyszczące od łez oczy.
- Dlaczego?
Blondyn oparł się o ścianę i zgiął nogę w kolanie.
- Oni mają te swoje sztylety… Z tego, co wiem, każde królestwo ma jeden. Tylko tym można zabić demona. A skoro to jedyna broń przeciwko nim, to pewnie nie każdy ma do niej swobodny dostęp. Moze ten ich cały władca go pilnuje.. nie wiem. Wydaje mi się, że Marcos nie miał go przy sobie.
Pociągnęłą nosem i wzięła głęboki oddech.
- I tak mógł coś zrobić.. na pewno istniało inne wyjście..
On również się podniósł. Jedną dłoń oparł na jej ramieniu, drugą otarł rozmazany tusz z jej policzka.
- Nie wiem tego, Lizzy. Wiem tylko, że go nie ma i raczej nie masz co liczyć na jego powrót. Musisz żyć dalej.
Westchnęła tylko i bez słowa skierowała się do łazienki. Natomiast Oliver wrócił do kuchni. Zaczął wypakowywać rzeczy kupione przed niespełna godziną w osiedlowym sklepiku. Postanowił zrobić jajecznicę i grzanki z serem. Włączył cicho radio. Z odbiornika wydobył się głos Christiny Aguilery.
I am beautiful no matter what they say
Words can’t bring me down
I am beautiful in every single way
Yes, words can’t bring me down
So don’t you bring me down today
- Nawet w radiu smęty – mruknął i wyłączył.
- Zostaw, lubię tę piosenkę.
Mężczyzna odwrócił się. Dziewczyna związała włosy i zmyła makijaż. Ubrała szare dresy.
- Jak chcesz. Siadaj, zaraz podam ci śniadanie.
Posłusznie usiadła przy stole. Jedną stopę oparła na siedzisku.
- Nie jestem bardzo głodna.
- Zjesz. Musisz jeść. – postawił przed nią talerz z jajkami i grzankami. Zabrał się za zaparzanie kawy. – Dalej Lizzy.
- Dlaczego to robisz?
Jej pytanie go zaskoczyło.To fakt, Marcos nakazał mu, by się nią zaopiekował. Prawda jednak była taka, że i bez tego nakazu zajął by się Lizz. Nie mógłby jej zostawić, byli przyjaciółmi.. a ona była dla niego nawet kimś więcej.
- Co masz na myśli? – zapytał, podając jej kubek z gorącym napojem. Usiadł na sąsiednim krześle i sięgnął po bułkę. Rozkroił ją i posmarował masłem.
- No to wszystko.. Śniadanie.. to że tu zostałeś.. jesteś..
Uśmiechnął się lekko.
- Jesteśmy przyjaciółmi, Mała, a przyjaciele się nie opuszczają w potrzebie.
W odpowiedzi uśmiechnęła się blado i wyszaptała ciche „dziękuje”. Zajęła się śniadaniem. Następne kilkanaście minut spędzili w ciszy, przerywanej tykaniem zegarka i odgłosami biegających dzieci i szczekających psów, które dochodziły zza uchylonego okna. W pewnej chwili Oliver podniósl się i zgarnął kurtkę z oparcia krzesła.
- Muszę wyskoczyć do redakcji. Wrócę do ciebie za dwie, może trzy godzinki.
Przez chwilę patrzyła na niego, jakby nie rozumiejąc, co powiedział. NAstępnie jej oczy zaczęły robić się coraz większe.
- Która jest godzina? – zerwała się w popłochu dopadając zegarka. Było już grubo po 9. – Nie poszłam do pracy, wyleje mnie. – jękneła.
- Byłem rano w piekarni, powiedziałem, że masz jelitówkę. Kilka dni mozesz sobie odpuścić. – uspokoił ją. Zdecydował, że to jeszcze nie odpowiedni moment, by oznajmiać jej, że muszą się wynieść a do pracy najpewniej już nie wróci. Pocałował ją w policzek, nakazując by była grzeczna i wyszedł z jej mieszkania.
Elisabeth rozejrzałą się dookoła. Wodziła oczami po ścianach i meblach, zastanawiając się co ma teraz robić. Usiadła przed telewizorem. Komedia romantyczna. Przełączyła. Program na zasadzie randki w ciemno.
- Żarty. . – mruknęła i wyłączyła telewizor. Szurając kapciami po podłodze dowlokła się do swojego łóżka. Nakryła się kołdrą i zacisnęłą powieki. Nie miała ochoty na normalne funkcjonowanie. Gdzieś przez myśl przeszło jej, że może gdyby naraziła się na niebezpieczeństwo, to przybyłby ją ocalić.. zaraz jednak odrzuciła tą ewentualność. Zrezygnował z niej, więc nie będzie go błagać o powrót. Oliver mógł mówić, co chciał. Marcos był demonem.. wymyśliłby coś.. gdyby tylko chciał. Najwyraźniej nie chciał. Westchnęła ciężko i oparła głowę na poduszce, starając się na nowo zasnąć.

Oliver Fork przemierzał długi, pusty korytarz, kierując się do ostatniego gabinetu, na samym jego końcu. Do gabinetu dyrektora. Denerwował się przed tą rozmową, wiedział, że wszystko od niej zależy. Dyrektor Corner był zazwyczaj ugodowym i wyrozumiałym człowieku. Problemem było tylko to, że propozycję, do której chciał teraz wrócić, kilka tygodni kategorycznie odrzucił. Stanął przed ciemnobrązowymi drzwiami. Zapukał.
- Proszę – usłyszał jego gruby głos.
Powoli otworzył drzwi. Niski, tęgi mężczyzna siedział przy biurki na obrotowym krześle i rozmawiał z kimś przez telefon. Jego łysiejąca czaszka połyskiwała tu i ówdzie w świetle słońca wkradającego się przez odsłoniete okna. Wskazał mu dłonią fotel, prosząc gestem, by usiadł.
- Tak, tak, naturalnie, na pierwszej stronie.. tak, oczywiście. Do usłyszenia. – odłożył słuchawkę. Złożył dłonie i oparł je na blacie biurka. Utkwił wzrok w swoim gościu.
- Słucham, panie Fork. Co pana do mnie sprowadza?
- Chciałem zapytać, czy pańska oferta jest wciąż aktualna? – zapytał bez ogródek.
Dyrektor zmarszczył brwi. Poprawił się na krześle i oparł brodę na dłoni.
- O jakiej ofercie pan mówi?
- Pytam o przeniesienie mnie do redakcji na drugim końcu kraju. – głos Olivera był opanowany, mimo, że wewanątrz mężczyzna był kłębkiem nerwów.
Corner wstał. Okrążył biurko i przysiadł na jego rogu, tuż przy swoim pracowniku.
- Co się dzieje Oliver? – mężczyzna zrezygnował z oficjalnych zwrotów. Wyczuwał grubszą sprawę, a Olivera traktował zawsze niemal jak syna.
- Nic, panie dyrektorze. Chciałem przyjąć tą propozycję.
Corner zaśmiał się i pogroził mu palcem.
- Mnie nie wykiwasz, Fork. Ale w porządku – uniósł dłonie do góry. – Nie chcesz nie mów. Co do twojego pytania, podzwonie, dowiem się. Przyjdź do mnie jutro, dam ci odpowiedź. – mężczyzna ponownie rozsiadł się w swoim fotelu.
Oliver podniósł się z miejsca.
- Dziękuję. Będę jutro przed pracą. – skierował się do wyjścia. Nacisnął na klamkę.
- Oliver?
Odwrócił się.
- Gdybyś miał jakieś poważne kłopoty… nie jestem takim skurwysynem, za jakiego niektórzy mnie tu uważają.
Blodnym uśmiechnął się.
- Będę pamiętał, panie dyrektorze.

14 komentarze więcej...

Rozdział 21

przez , 24.lut.2015, w Bez kategorii

Na wstępie mam pytanie.. To opowiadanie miało mieć trzy części.. powoli zbliżamy się do końca pierwszej i moje pytanie do Was.. czy mam je kontynuować, czy zakończyć na pierwszej części i zacząć nowe? 

 

Elisabeth powoli zamknęła drzwi. Odwiesiła kurtkę na haczyk. Starała się ze wszystkich sił zachować spokój. Wiedziała, że paniką nic nie osiągnie. Nie było też sensu bronić się ani uciekać. Mogła tylko liczyć na cud, który w jej przypadku był brunetem.
- Czego chcesz ode mnie? – zapytała. Chciała nadać głosowi pewny siebie, groźny ton, jednak w efekcie brzmiało to piskliwie i dość żałośnie.
- Od ciebie? -roześmiała się potrząsając swoimi czarnymi, jak noc włosami. – A cóż ja mogłabym chcieć od takiego małego cherlaczka? – podeszła do niej a stukanie jej obcasów, było dla Lizz niczym bicie dzwonu, ogłaszającego czas egzekucji. Demonka przesunęła palcem po jej twarzy. – Jesteś doprawdy rozkoszna. Jak… szczeniaczek. – złapała ją za włosy i jednym ruchem pchnęłą ją pod ścianę. – A ja nienawidzę szczeniaków! – w jej oczach zaczęły błyszczeć złowrogie ogniki. – Więc zamknij się i mnie nie denerwuj, bo przestanę być miła. – ponownie podeszła do dziewczyny i ukucnęła.
- Marcos nie pozwoli ci mnie zabić.
- Na to liczę. – na twarzy kobiety wymalował się przebiegły uśmiech. Jeszcze raz złapała ją za włosy i szarpnęła w dół. – Prosiłam, byś się zamknęła. – syknęła jej do ucha.
- Odsuń się od niej Iris.
Demonka puściła włosy dziewczyny. Uśmiechnęła się szerzej i odwróciła się podnosząc ręce do góry.
-Ależ ja mam rączki tutaj, Marco. – zamachała palcami i zaczęła zbliżać się do rozmówcy. Jeden krok, drugi. . . .
Oczy demona nie ukazywały żadnych emocji. Jego wzrok był pusty i jakby zmęczony. Jedynie Zaciśnięte pięsci i szczęka wskazywały, że targało nim wzburzenie. Iris przesunęła paznokciami po jego policzku i szyi, lekko rozchyliła usta, patrząc na niego pożądliwie.
- Sądzę, że możemy się dogadać, kochanie. Bądź, dla mnie miły, a …. – nie dokończyła. Dłoń Marcosa, zaciśnięta na jej szyi i przyciskająca jej ciało do ściany, sprawiła, że urwała.
- Jak tu trafiłaś?!- warknął.
- Na twoim miejscy byłabym milsza – wycharczała – Biorąc pod uwagę, że jestem, póki co jedyną osobą, która wie, jak parszywym zdrajcą jesteś.
Uścisk na jej szyi zelżał. Iris pogładziła miejsce, które jeszcze przed chwilą ściskały palce Marcosa.
- Już lepiej.
- Czego chcesz? – zapytał, siląc się na spokój. Kątem oka dojrzał Lizz, która siedziała pod przeciwległą ścianą, i przygląda się całej scenie z lękiem pomieszanym z ciekawością.
- Dobrze wiesz, czego chcę. Dziecka.
-Dziecka?!! – wyrwało się dziewczynie. Patrzyła na nich szeroko otwartymi oczami i zamierzała właśnie wstać z podłogi.
-Zamknij się, Ciapek, Państwo rozmawiają. -rzuciła Iris i roześmiała się pod wpływem własnego żartu. Zaraz jednak spoważniała i wbiła wzrok w Marcosa. – Wrócisz ze mną do królestwa i będziesz przykładnym jego członkiem. Za rok weźmiesz udział w turnieju i wygrasz go a w międzyczasie spłodzimy sobie następce tronu.
Wiedziała, że wygrała. Widziała to po jego oczach. Dlatego też uśmiechała się rada ze zwycięstwa i rzucała Lizz pogardliwe przelotne spojrzenia.
- O czym wy mówicie..? Marcos? – była już w połowie dzielącego ich dystansu, gdy odezwał się. Jego głos nie wyrażał żadnych uczuć.
-Zostań tam, gdzie jesteś. Iris, wróc do królestwa. Niebawem do ciebie dołącze. Poczekaj w swojej komnacie.
Demonka jednak nadal stała w miejscu, unosząc lekko brwi.
- Tak, zgadzam się na twoje warunki. – dodał. Usłyszał jęk protestu Lizz. Iris natomiast już nie było. Wygrała, więc nie miała powodu, by tu dłużej zostać.
ELisabeth momentalnie znalazła się przy jego boku. Złapała za kołnierz jego koszuli i zaczęła go szaprać.
- Jakie „zgadzams się”? co to ma być?!! – krzyczała, wciąż niczego nie rozumiejąc.
Złapał ją za nadgarstki i posadził na sofie. Usiadł obok. Wplótł palce w jej włosy, pogładził kciukiem jej skroń.
- Elisabeth… – zaczął – Nie wiń mnie za coś, na co nie mam wpływu. – przemawiał z niespotykaną u niego łagodnością. – Wiesz, jak ważna dla mnie jesteś, ale..
- Tu nie powinno być żadnego „ale” – sapnęła. Podciągnęłą kolana pod brodę i odtrąciła jego rękę.
- To nie bajka, Maleńka. To by nigdy nie wyszło, wiesz o tym. – dotknął jej podbródka i zmusił by na niego spojrzała. – Wiem, że jesteś zła. Jeśli zostanę.. zginiemy oboje. Nie uciekniemy. Nie płacz… – patrzył jak pojedyńcza łza toczy się po jej policzku. – Ułożysz sobie życie inaczej. Tylko.. – uniósł wskazujący palec do góry. – ..nie rób głupstw.
Patrzył na nią przez chwilę bez słowa. Następnie przyciągnął ją do siebie i po raz ostatni, zachłanie złączył ich usta.
- Żegnaj, niesforna Panienko. – wyszeptał do jej ucha, a ona jeszcze przez długi czas patrzyła w miejsce, w którym zniknął.

Poirytowany Oliver Fork wychodził właśnie z redakcji. Słońce było już coraz niżej, wzmógł się wiatr i zapowiadało się na deszcz. Mężczyzna przeklinał w myślach głupotę swojego naczelnego, który dla jednego kretyńskiego zdania kazał mu przecierać się przez całe miasto. Jakby nie mógł zrobić tego sam lub poczekać do dnia jutrzejszego. Odblokował pilotem drzwi w swoim samochodzie i sięgnął za klamkę. Poczuł uścisk na ramieniu. Odrócił się.
- Jeszcze ty… – warknął. – Nie ma to jak idealne zakończenie dnia.
Demon otworzył drzwi samochodu i wepchnął blondyna na tylne siedzenie. Sam usiadł obok.
- Zamknij się i słuchaj. Postaram się przedstawić to możliwe najkrócej. Muszę odejść, ktoś ode mnie dowiedział się, że spotykam się z Lizz. Postawiła mi ultimatum..
- Ona?
- Słuchaj i nie przerywaj – warknął ponownie. – Muszę się dostosować. Chcę, żebyś zaopiekował się Lizz, ja już nie mogę. Więcej nie będę jej niepokoił.. Zadbaj o nią, najlepiej wyjedźcie gdzieś…nie ufam Iris.
Oliver zmarszczył brwi. Starał się ukryć fakt, że obecna sytuacja nie przeszkadza mu ani trochę. Wręcz przeciwnie, każdego dnia liczył na to, że jego rywal usunie się w cień.
- Ja nie ufam tobie. A jeśli to twoja gra?
Zdenerwowany Marcos, szarpnął za kurtkę blondyna i wbił w niego zniecierpliwione spojrzenie.
- Oddaję ci moją damę niemal na tacy, tego chciałeś, więc doceń i nie zadawaj pytań. Pamiętaj tylko, że gdy dowiem się, że coś jej zrobiłeś, to tego samego dnia umrzesz.
Oliver puścił ostatnią uwagę mimo uszu.
- O coś jednak musze zapytać.
Marcos wywrócił oczami, skinieniem głowy pozwolił mu pytać.
- Co to za ultimatum?
- Mam dać Iris dziecko. Wygrać pojedynek, który odbywa się co cztery lata między obecnym królem a następcami i wygrać go, zostając tym samym władcą Czarnego Królestwa..Wystarczy?
Blondyn zagwizdał.
- Czyli teraz będziesz największą gadziną z nich wszystkich.
- Na więcej pytań nie pozwoliłem. – syknął. Sięgnął za siebie i wyciągnął drobną buteleczkę. – Gdyby było bardzo źle, dziesięc kropli wystarczy.
Oliver wziął od demona buteleczkę i schował w kieszeniu kurtki.
- Marcos, tak? Kochałeś ją chociaż?
Demon uśmiechnął się blado.
- Wyjedźcie. – powiedział cicho i rozpłynął się, zostawiając Olivera samego.
Blondyn oparł się o zagłówek. Przeczesał dłonią włosy.Musiał jak najszybciej zacząć działaś, jeśli, jakaś demońska dziwka wiedziała o sprawie, nie mógł czekać ani chwili. Nie ufał Marcosowi ani tym bardziej tej Iris. Był jednocześnie pod wrażeniem decyzji demona. Zrobił coś, co powinien zrobić już dawno. Zamacał buteleczkę, leżącą w jego kieszeni. Naprawdę chciał się usunąć. Wychodziło więc na to, że został tylko on.. Lizzy.. musi być teraz załamana. Przecisnął się na przednie siedzenie, wsadził kluczyk do stacyjki i uruchomił silnik. Był jej teraz potrzebny. Musiał ją wesprzeć. Czuł, że był teraz jej jedynym przyjacielem. Z piskiem opon odjechał spod budynku redakcji. Kilkanascie minut dzwonił już do jej drzwi. odpowiedziała mu cisza. Nacisnął na klamkę. Było otwarte. Wszedł.
- Lizzy?
- W mieszkaniu panował mrok. Gdzieś w mało widocznym miejscu w saloniku tliła się nieduża nocna lampka. Elisabeth wpatrywała się tępo w żarówke, raz po raz ocierając niechciane łzy.
- Lizzy… – westchnął.
Uniosła na niego wzrok. Usiadł obok niej na kanapie. A ona niczym mała, bezbronna dziewczynka wtuliła się w jego pierś i cichutko załkała.

16 komentarze więcej...

Rozdział 20 ,,

przez , 22.lut.2015, w Bez kategorii

Mdłe światło pochodni powitało zmęczonego demona który ciężko opadł na swoje duże łoże, pokryte aksamitną krwistoczerwoną narzutą. zaczynał odczuwać zmęczenie na widok ognia, mroku, który towarzyszył mu niemal na każdym kroku. Jedynym miejscem, które oświetlone było przez światło żarówek, była sala tronowa. Mrok…Uśmiechnął się kpiąco. Złożył ręce i położył na nich głowę. Nigdy nie pochwalał takiego tanu rzeczy. Chowanie się po jaskiniach jak jakieś trole. Według niego mogli bez problemu żyć miedzy ludźmi. Demony może nie miały serca, ale mózgi były na swoich miejscach, potrafiliby żyć w miastach. Zresztą jesli nawet cała ta wielka idiotyczna tajemnica ujrzałaby światło dzienne to co? Ale przecież tradycja.. Od wieków Królestwa demonów usytuowane były w podziemnych grotach i jakoś nikt się nie kwapił, by to zmienić. Kpiący uśmiech nie schodził z jego twarzy. Kontakt z tą ludzką kobietą nie wpływał na niego pozytywnie. Robił się sentymentalny, zaczął rozmyślać, czuć.. Jeśli już o uczuciach mowa tych konkretnych nie potrafił sprecyzować. Nie potrafił, albo po prostu nie chciał. Nie znał słowa miłość i zdecydowanie nie potrafił jeszcze jej odczuwać. Jego sercem targało pożądanie, ciekawość, pewien rodzaj przywiązania. Ta mała, lekkomyślna dziewczyna robiła sprawiała, że chciał jej zapewnić bezpieczeńswo i wiedział, że nie darowałby sobie jej śmierci.
- Marco… – ciche mruczenie rozległo się tuż przy jego uchu. Nawet nie drgnął. Wciąż wpatrywał się w nierówny skalny sufit.
- Chcesz coś konkretnego?
Kobieta jednym skokiem znalazła się przy jego boku. oparła się na ramieniu i pieściła dłonią jego nagą pierś.
- Marco, wyjaśnij mi dlaczego jesteś dla mnie taki?
Zaśmiał się.
- Iris… ileż jeszcze razy zapytasz? -strzepnął jej dłoń ze swojego torsu. – Czy ty nie widzisz jak bardzo żałosna jesteś? – odwrócił się twarzą do niej. Je piersi jak zwykle były za bardzo wyeksponowane. Włosy miałą rozpuszczone, w nieładzie. Jak po dobrym seksie – pomyślał.
- Iris.. jak już kiedyś wspomniałem.. – kontynuował podpierając się na łokciach – wszyscy w królestwie wiedzą co z ciebie za jedna. Chcesz dziecica. I jest tylko trzech mężczyzn, którzy mogą ci to dać. Ja, Leo i Xavier. Z niejasnych przyczyn postanowiłaś gnębić właśnie mnie… Moi bracia też cie nie chcieli?
Wymierzyłą mu policzek. W odpowiedzi tylko się roześmiał.
- Trafiłem, prawda? Nie interesują mnie moi bracia ani to dlaczego ci odmówili, ja nie dam ci dziedzica, więc sobie odpuść. Nie zapewnię ci azylu w królestwie, nie ja.
Wsciekła demonka ponownie odeszła. Jednak nie dokońca z niczym. Miała plan, który zaczęła już wcielać w życie. Wychodząc z jego komnaty, zdematerializowała się. Miała udać się na spotkanie, które wiele miało wnieść do jej śledztwa.,
Byłą wściekła na Marcosa i na jego braci. Owszem, na nich również naciskała, ale nie zależało jej tak na nich. On był tu najlepszy, był pupilkiem króla od początku. To on zostanie w przyszłości królem, była tego pewna. A będąc królem, mógł dać jej syna, który kiedyś zostałby następcą tronu. A będąc matką dziedzica, zostałaby w królestwie na zawsze.Zawsze miała nienaganną reputacje. Do czasu aż jej brat nie zdradził. Zakochał się w człowieku i opuścił królestwo. Takiego upokorzenia Iris nigdy nie przeżyła. Cieszyłą się gdy ich zabijano, ba, nawet sama brała w tym udział. Z uśmiechem na twarzy podrzynała gardło kochance brata. Chodziły słuchy, że był jescze dzieciak, ale kto by się przejmował jakimś bachorem z kropelką ich krwi, która i tak nic nie wnosiła.
Uśmiechnęłą się gorzko. Szła, stukając obcasami swoich długich kozaków, szukając małej kawiarenki, której nazwy nie spamiętała. Jej myśli ponownie wróciły do przeszłości.
Król pozwolił jej zostać w królestwie. Nikt o nic jej nie posądzał.. ale.. jednak była siostrą zdrajcy, sama była półkrwi, a Marco coraz częściej zachowywał się dziwnie. Bała się, że w królestwie zacznie się selekcja, że w końcu zostaną tylko czystej krwi demony. Dlatego musiała zapewnić sobie dziecko. Następce tronu. Leo i Xavier nie chcieli o tym słyżeć, uznali, że nie chcą dodatkowo rozcięczać krwi.. Jednak Marco.. Jako półkrwi demon zawsze zdawał się być dla niej najbardziej dostępny.
Pchnęła drzwi, obklejone kolorowymi gwiazdkami. Odrzuciła włosy do tyłu i rozejrzała się. Wnętrze było.. słodkie. Od samego patrzenia przyprawiało ją o mdłości. Skąpane w pastelowych kolorach, różyczkach i zwisających gwiazdkach. Małe stoliki z małymi bukiecikami i te urocze białe krzesłka z wystruganymi na oparciach kwiatami.
Skrzywiła się. Dopiero po chwili ją dojrzała. Siedziała w kącie, mieszając łyżeczką kawę. Nawet z odległości kilkunastu metrów wyczuwała jej zdenerwowanie i niepewność. Pewnym krokiem ruszyła w stronę jej stolika.
Rozsiadła się wygodnie i założyła nogę na nogę. Wplotła palce we włosy.. Wysiliła się na przyjazny uśmiech i wyciągnęła rękę do towarzyszki.
- Becky, tak? Tak bardzo ci dziękuję za spotkanie. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy. Tak jak ci opowiadałam, dopiero przed miesiącem dowiedziałam się o śmierci mamy Elisabeth.
Kobieta kiwała głową. Była onieśmielona. Pamiętała doskonale popołudnie sprzed kilku dni. Postanowiła udać się do domu Elisabeth, by poszukać czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że miała kłopoty. Wciąż nie wiedziała dlaczego właściwie zdecydowała się na śledztwo. Poczuła jakiś impuls i godzinę potem wchodziła do starego domu w górach. Ktoś już jednak tam był. Zobaczyła Iris, która myszkowała po kątach. Kobieta wytłumaczyła się, że jest kuzynką Lizz i chciała się z nią zobaczyć,ale nie zastała nikogo. Po ilości kurzu i odciętym prądzie wywnioskowała, że nikt tu nie mieszka. Szukała więc informacji. Becky zaproponowała więc spotkanie. Musiała przemyśleć tą sytuację, nie chciała podawać adresu Lizz żadnym przypadkowym osobom.
- Lizz nigdy nic o tobie nie mówiła.
Iris spuściła głowę z udawanym zakłopotaniem.
- Jeszcze jako nastolatki, bardzo się pokłóciłyśmy.. Ale teraz pani Wright nie żyje.. chciałam porozmawiać z Elisabeth, jeszcze przed ta kłótnią, przyjaźniłyśmy się.
- No nie wiem.. może zadzwonię do Lizz.. – Becky sięgnęłą do torebki w poszukiwaniu telefonu.
- Nie! – zaoponowała nazbyt gwałtownie – Proszę, nie.. ona nie będzie chciała.. Od wielu lat nie odzywała się do mnie. Ale ja naprawdę chcę ją przeprosić i .. – sięgnęła po chusteczkę i otarła nieistniejącą łzę. – Proszę, pomóz mi się z nią zobaczyć..
Becky długo milczała. Iris z trudem wytrzymywała tą niepewną sytuację. Miała ochotę zabić tą głupią kobietę, ale wtedy jej plan rozpadłby się na kawałeczki. W końcu na jednej z serwetek został napisany adres poszukiwanej przez demonkę dziewczyny.
- Dziękuję. Naprawdę bardzo ci dziękuję. Mam tylko prośbę, nie mów nic Lizzy, dobrze? Zrobię jej niespodziankę. A teraz przepraszam, ogromnie mi się spieszy.
Nie czekając na odpowiedź wybiegła niemal w podskokach z kawiarni. Wiedziała, że cofnięcie się do punktu w którym Marco zaczął się dziwnie zachowywać będzie dobrym pomysłem. A tym punktem był dom tej dziewczyny i jej zabójstwo, które jak się okazało, było kłamstwem. Już wiedziała, że Marco był zdrajcą… Gotowa była jednak milczeć wzamian za za dziecko i niezachwianą pozycję w królestwie. Czuła, że Marco grzecznie spełni jej prośbę. Postanowiła teraz udać się do królestwa. W dniu jutrzejszym czekała ją typowo ludzka wycieczka. Demony mogły się teleportować, jednak teleportacja nie działała w przypadku dokładnego adresu, w miejscu, w którym dany demon jeszcze nie był. A ona nawet nie wiedziała gdzie znajduje się miasto, którego nazwa widniała na małej karteczce w kieszeniu jej kurtki.

Lizz z trudem kuśtykała, pokonując nieduży odcinek między pułkami a ladą. Bolał ją niemal każdy mięsień w nogach, do tego męczył ją kac i piekły oczy. Maraton filmowy do poźna w nocy nie był jednak dobrym pomysłem. Starała się jak mogła, ale często zdażało jej się pomylić rodzaje pieczywa. Właściciel patrzył na to przychylnie, w końcu był to jej pierwszy dzień, jednak nie obyło się bez komentarza.
- Postaraj się na przyszłość nie imprezować w tygodniu, dobra? Wyglądasz jak siedem nieszczęść, odstraszasz mi klientów.
Spuściła głowę i powróciła do swoich obowiązków. Nie popisała się. Jednak kolejny klient nieco poprawił jej humor.
- Lizz? A ty co tu robisz?
- Pracuję, jak widać.
- Chyba dogorywasz. – roześmiał się. – Rzuć mi dwie jagodzianki. Nie chwaliłaś się, że masz pracę. – blondyn uśmiechnął sie promiennie i odebrał od dziewczyny bułki. Zapłacił.
- Jakoś nie było okazji.
- Nie wyglądasz najlepiej – zauważył z nutą troski w głosie.
Westchnęła.
- Nie pytaj.
Zmarszczył się. Zaraz jednak ponownie się uśmiechnął.
- O której kończysz?
- O 14. – odparła wycierając ściereczką ladę. Szef zdążył jej już kilkadziesiąt razy powtórzyć, że czystość na stanowisku pracy to podstawa.
- Daj się zaprosić na kawę..
- Ale..
- Żadne „ale”. Jesteśmy przyjaciółmi i chcę cię wyciągnąć na przyjacielską kawę. No chyba, że wolisz spacer. Wpadnę po ciebie o 15.
Po krótkim wahaniu przystała na propozycję. Czuła, że popołudniu zjawi się Marcos z tym jego treningiem, ale tak naprawdę na nic się oficjalnie nie umawiali. Poza tym za to wczorajsze zniknięcie nalezało mu się.
Od tej krótkiej rozmowy, czas spędzony w pracy stawał się wręcz nie do zniesienia. Jej radość była wręcz nieopisana, gdy w końcu mogła odwiesić fartuszek na haczyk i pożegnać się z właścicielem uprzejmym „do jutra”. Pognała do domu. Tego dnia było pochmurno i dość chłodno. Lizz szybko się przebrała, zjadła w biegu kanapkę i skierowała się do drzwi, bo właśnie gdy skończyła przeżuwać ostatni kęs zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Więc spacer czy kawa? – Oliver uśmiechnął się do niej promiennie. Miał na sobie kremową sztruksową kurtkę, jasne dżinsy i szary T-shirt. Jego włosy jak zwykle były w nieładzie a jasne oczy połyskiwały wesoło.
- Spacer. – zadecydowała i podała mu swoją dłoń.
Park był niedaleko. Przychodziło tu wiele osób. Jedni biegali, inni spacerowali z psami. Byli też tacy, którzy namiętnie całowali się na ławkach.
- Co tam u ciebie? Dlaczego miałaś taką ciężką noc?
Elisabeth westchnęła.
- Oliver, ja nie wiem, czy powinnam. . .
-Lizz, błagam. Marcos to nie temat tabu, nie musisz cenzurować naszych rozmów. Smiało możesz mi opowiedzieć. – szedł obok niej, wpatrując się w nią uważnie. Miał ochotę objąć ją ramieniem, obawiał się jednak, że ponownie źle to zrozumie.
- On wymyślił sobie jakieś treningi! – wybuchnęła. – Ledwo żyję.. Jeszcze kazał mi nosić nóż..i… w ogóle to co to za związek, on pojawia się i znika. Ja… – przyspieszyła. Teraz już niemal biegli. – Po co ci w ogóle to mówię.
Złapał ja za rękę i zatrzymał.
- Hej… popatrz na mnie.
Uniosła na niego wzrok.
- Akurat to, że chce cię nauczyć się bronić, to bardzo dobrze. Noż też popieram. Nie możesz zostać bez broni, a obawiam się że pistoletem się postrzelisz. Masz go przy sobie? Co to za nóż?
- Nie mam – wybąkała, zdumiona tym, że Oliver stanął po stronie Marcosa. – Został w domu, ale to zwykly nóż. Tak powiedział.
Skinął głową.
- Noś go. – przykazał surowo. Odchrząknął. – Coś wam się nie układa? – z całych sił starał się, by nie było słychać, jak bardzo go to cieszy.
Wzruszyła ramionami i przysiadła na jednej z ciemnobrązowych, drewnianych ławek.
Usiadł obok.
- Uprzedzałem, że to niełatwe. On jest demonem, czego oczekiwałaś? Nie jestem pewien, czy on w ogóle wie co to związek i …
- Przecież sam powiedziałeś, że coś do mnie czuje..
- Coś, nie oznacza od razu miłości. A ty? Możesz powiedzieć że go kochasz? Tak naprawdę? Nawet dobrze się nie znacie..
- Kocham, Oliverze..ja..
Blondyn pokręcił głową.
- Ohh Lizzy, jeszcze wiele musisz zrozumieć.
Uśmiechnęła się niewyraźnie. Oboje zamilkli. Ona nie chciała kontunuować tego tematu, bo nie chciała znów się kłocić. On uznał, że bez sensu mówić cokolwiek, skoro i tak jej nie przekona.
W końcu podniósł się. Złapał za rękę i wyciągnął na środek trawnika. Jednym sprawnym ruchem wziął ją na ręce i nie zważając na jej piski wrzucił w ogromny stos różnokolorowych liści. Ona nie pozostała mu dłużna, złapała za rękę i pociągnęła w dół. Wylądował na ziemi i zaczął ją łaskotać. Ludzie patrzyli się na nich z zaciekawieniem a jej śmiech niósł się po całym parku. W końcu pozwolił jej wstać. Jej twarz nabrała rumieńcy a oczy błyszczały figlarnie.
- Zemszczę się za to Panie Fork – pogroziła mu palcem.
- Spróbuj, panno Wright.
W tej chwili rozległ się dzwonek telefonu. Oliver odebrał.
- Tak? Ale teraz? Masz pojęcie człowieku, że dziś mam wolne?!Dobra. Dobra jadę. – schował telefon do kieszeni. – Wybacz, muszę jechać do redakcji, naczelny wymyślił kolejną nie mogącą czekać głupotę – wymamrotał poirytowany.
Odprowadził ją pod blok, po czym wsiadł do samochodu i z piskiem opon odjechał. Lizz wciąż się do siebie uśmiechając weszła na klatkę i skierowała się do swojego mieszkania. Czuła, że źle oceniła Olivera. Przekręciła klucz w drzwiach, pchnęła drzwi. Obecność obcej kobiety w jej salonie zdumiała ją i przeraziła. W końcu drzwi były zamknięte.
- Witaj Elisabeth. Jestem Iris. Marco ci o mnie nie wspominał?

13 komentarze więcej...

Rozdział 19.

przez , 22.lut.2015, w Bez kategorii

Dla wszystkich, którzy czekają na Iris.. Demonka pojawi się już w następnym rozdziale;)

 

Elisabeth po raz kolejny już tego dnia, przebierała się. Chciała wyglądać atrakcyjnie, jednak nie mogła przesadzić. Wiedziała, że od razu by ją wyśmiał. Ubrała więc czarną bokserkę i szare spodenki. Włosy związała w koński ogon i wykonała delikatny makijaż.
Czekała.
Przyrządziła piersi z kurczaka, nadziewane warzywami i żółtym serem, więc w całym mieszkaniu rozniósł się ich zniewalający aromat.
- Cóż tak zachęcająco pachnie? – usłyszała jego głos.
Oblizała drewnianą łyżkę, którą mieszała sos i posłała mu niewinny uśmiech.
- Głodny?
Uniósł brwi, okrążył stół i stanął tuż przy niej, przyglądając się jedzeniu, które było już niemal gotowe.
- Elisabeth…trening. – przypomniał.
- Ale czy to się wyklucza? – wyszła na środek salonu i odepchnęła stopą małą, włochatą poduszkę. Ugięła nogi i wyciągnęła przed siebie pięści. – No dalej.
Nie był w stanie zachamować pojawiającego się, na jego twarzy rozbawienia. Założył ręce na piersi i oparł się o zlew.
- Przewidywałem inną scenerię.
Opuściłą ręce i wysunęła dolną wargę, robiąc minę nieszczęśliwego szczeniaczka.
- Ugotowałam obiad. – odezwała się płaczliwie.
- O nie, nie. W ten sposób nie dasz rady, Maleńka. – podszedł do niej i dwoma palcami uniósł lekko jej brodę. – Złe demony są odporne na szantaż emocjonalny.
Złapała za kołnież jego koszuli i lekko go gładziła.
- Zostańmy tu.. popatrz jaki mam wielki salon.
Westchnął przeciągle.
- Bowiem kobieta została stworzona, by nieść zgubę mężczyźnie. Świadoma wdzięków swoich i tej mocy tajemnej, grała mu a on tańcząc w rytm jej dźwięków ku ciemności się chylił i na ratunek nie czekał…
Jej twarz od razu pojaśniała. Odsunęła się od niego i z gracją oddaliła się do kuchenki, by zakończyć przygotowanie obiadu. Wyciągnęła z szafki talerze i położyła je na stole.
- Swoją drogą, to nie masz się czego bać. Ciężko byłoby mi pociągnąć cię „ku ciemności” – zaśmiała się.
Dopadł do niej tak szybko, że upuściła widelec. Otoczył ramieniem jej talię i wymruczał jej tuż przy uchu:
- Ciemność bywa pojęciem względnym… – z szelmowskim uśmiechem pochylił się i wręczył jej leżący na płytkach widelec.
Czuła jak jej serce przyspieszyło a przez ciało przebiegły dreszcze. Często miała wrażenie, że każdy jego ruch jest przesiąknięty gubiącym ją napięciem seksualnym. Dopiero po kilkunastu sekundach odwróciła się i nałożyła posiłek na talerze. Usiadła naprzeciw niego, podając mu wcześniej butelkę wina, korkociąg i dwa kieliszki.
- Jak minął ci dzisiejszy dzień? – zapytał napełniając już drugi kieliszek.
- Znalazłam pracę.
- Naprawdę? – odłożył butelkę i uniósł napełnione czerwonym płynem naczynie. – Wznieśmy zatem toast za twoją nową pracę.
Stuknęła w jego kieliszek i upiła łyk.
- Jaka to praca? – pytał dalej.
- W osiedlowej piekarni.
Uniósł brwi w zdziwieniu. Zaraz jednak wzruszył ramionami.
- Jeśli ci to odpowiada.
Wywrociła oczami.
-Nawet nie masz pojęcia jak brutalny jej rynek pracy..
- Owszem, nic mi o tym nie wiadomo i licze, że mi wybaczysz, ale nie mam ochoty zgłębiać tych tajemnic. Wyśmienita kolacja. Odsunął od siebie talerz i zbliżył się do niej chwytając ją za rękę i składając na jej wierzchu pocałunek. – Dziękuję, moja piękna.
Dziewczyna lekko się zarumieniła. Przechyliła swój kieliszek i wypiła jego zawartość.
- Uważaj, upijesz się. – sięgnął za siebie i wyciągnął zza paska krótki, gruby nóż. Podał go jej. – Masz go nosić ze sobą.
Patrzyła na niego zdezorientowana.
- Chyba nie mówisz poważnie.
- Jak najbardziej poważnie. Nie interesuje mnie jak i gdzie. Masz mieć go zawsze przy sobie. Tym nie zabijesz demona, ale w innych przypadkach może ci się przydać. – jego głos był surowy i nieznoszący sprzeciwu.
- Ale..jak ty to sobie wyobrażasz? Mam go wsadzić do majtek?
Wzruszył ramionami.
- Jeśli go tam zmieścisz, proszę bardzo. Posłuchaj mnie – odłożył nóż na stół i złapał ją za ramiona. – Nie jestem w stanie być przy tobie cały czas. A będąc ze mną jesteś narażona na więcej niebezpieczeństw i cóż.. więcej głupot ci przychodzi do głowy..
Spuściła głowę, przypominając sobie ubiegłonocną przygodę z wilkiem.
- Musisz umieć się bronić. Choć w minimalnym stopniu. – wyszedł na środek salonu.
Dziewczyna rozlała kolejną porcję wina do kieliszków. Upiła łyk. Podeszła do niego.
- Co teraz.
Wskazał palcem swój tułw i rozłożył ręce.
- Uderz mnie.
- Co?
- Nie pytaj, uderz. Nie zaboli mnie.
Posłusznie wykonała polecenie.
-To wszystko na co cię stać?- pokręcił głową zrezygnowany. – Ubieraj się, wychodzimy.
- Ale.. mieliśmy zostać.
- Będziemy wciąż na twoim osiedlu. Zakładaj wygodne buty i bluzę. Pora ocenić twoją kondycję.
Nie mogła uwierzyć w to, co się działo. Kolejna wizja romantycznego wieczoru prysnęła niczym bańka mydlana. Bez protestów ubrała się i wyszła z nim przed blok.
- Gdzie nóż? – zapytał
- Został w domu.
Westchnął zirytowany.
- Masz mieć go przy sobie!
- Teraz ty tu jesteś !
- Nie ważne. Masz go mieć zawsze przy tyłku!
Zamilkła naburmuszona. Zaczęło już zmierzchać. Osiedle wyludniało się a niebo zaczęła pokrywać pomarańczowa łuna zachodzącego słońca.
- Biegnij wzdłuż chodnika, no dalej – ponaglił. Biegł tuż przy niej w milczeniu. Po niedługim czasie zatrzymała się zasapana.
Ponownie na jego twarzy wystąpiło rozczarowanie. Zniknął na moment w małym sklepie spożywczym, obok którego akurat się znajdowali, a gdy wyszedł podał jej butelkę wody.
- Napij się i biegniemy dalej.
- Marcos!- zaprotestowała.
- Dziewczyno masz kondycję czterolatka! W połączeniu z twoją siła i zdolnościami samoobrony … marny twój los, Maleńka. – odebrał od niej butelkę i zmusił do dalszego biegu. Po 40 minutowym maratonie wrócili do mieszkania. Elisabeth zniknęła pod prysznicem. Demon rozsiadł się na kanapie i pogrążył się w swoich mrocznyc rozmyślaniach. Po raz kolejny musiał stawić czoło napływającym myślom. Temu czemuś, co nie dawało mu spokoju, zmuszało do… wątpliwości. Często odczuwał złość na obecny stan rzeczy. W przeszłości było tak idealnie. Bez tej całej uczuciowej otoczki.
- Już jestem – usłyszał jej głos a jego twarde, czarne serce ponownie przypomniało mu, że nie byłby w stanie się jej wyrzec. Spojrzał głodnym wzrokiem na jej idealne ciało zasłonięte seledynowym ręcznikiem, na jej mokre włosy, opadające na plecy. Obserwował każdy ruch jej ciała, gdy podeszła do stolu i sięgnęła po kieliszki. Podała mu jeden. Pczuł w duszy ból, nie będący jednak bólem fizycznym. Wstał.
- Muszę już wracać. Nikt nie może nabrać podejrzeń. – uśmiechnął się do niej blado i dotknął dłonią jej policzka, gładził delikatnie jej szyję, dekolt. – Jutro idziesz do pracy, musisz odpocząc – jego głos przybrał formalną i drętwą barwę. – Pamiętaj o nożu.
Zdematerializował się tak szybko, że nie zdązyła wypowiedzieć słowa. Ogarnęłą ją złość. Zaczynała mieć dość jego uciekania, niedokończonych wieczorów, planów, które nie miały szans bytu. Przechyliła swój kieliszek do dna i zgarnęła butelkę ze stołu kuchennego. Jej wzrok spoczął na moment na połyskującym nożu. Pokręciła tylko głową i wróciła do salonu. Włączyła telewizor i zaczęła znęcać się nad pilotem w poszukiwaniu czegoś godnego jej uwagi, sącząc przy tym wino, które miało być dopełnieniem ich romantycznego wieczoru.

10 komentarze więcej...

Informacja nr 2

przez , 22.lut.2015, w Bez kategorii

Witam ponownie!

Na wstępie przepraszam, że dalej nie ma rozdziału. Dziś będę stawać na głowie, by się udało, trzymajcie kciuki:D

Chciałam poinformować, że obok zakładeczki „bohaterowie” pojawiła się zakładka „SPAM”. Wbijajcie tam, jeśli będziecie chcieli mnie powiadomić o nowościach na Waszych blogach. Jeśli jest tu ktoś nowy, śmiało może tam też wejść i zareklamować swoje blogi. Nie ważne jaka tematyka, nie muszą to być opowiadania.  Wpisujcie tam jaki blog chcecie. Również, jeśli znacie jakieś godne polecenia :D Więcej info tam.

Buziaki, kochani :* 

Miłej niedzieli,

Vicky.

1 komentarz więcej...

Informacja;)

przez , 20.lut.2015, w Bez kategorii

Witam. W prawym, górnym rogu, niedużą czcionką jest napisane bohaterowie;) Można kliknąć, skonfrontować z wyobrażeniami. Zmieniłam postać Marcosa. (mam na myśli notkę, która niedawno była, ale usunęłam)

To tyle.. gdyby pojawiały się jakieś znaczące postacie, będę dodawać zdjęcia na bieżąco ;)

Buziaki;*

7 komentarze więcej...

Rozdział 18.

przez , 18.lut.2015, w Bez kategorii

Obudziło ją łaskotanie w okolicach ramienia. Uśmiechnęła się błogo i powoli otworzyła oczy. Spojrzała na swoją prawą, górną kończynę i zerwała się jak poparzona. Siedzący nieopodal Marcos uniosł brwi w zdziwieniu.
- Zabierz ode mnie tego przebrzydłego gryzonia!!
Demon wzruszył ramionami.
- To tylko mysz.
Zwierzątko uciekło, ale dziewczyna jeszcze przed chwilę rozglądała się po podłożu. W końcu się rozluźniła.
- Gdzie są moje ubrania?
Marcos uniósł palec, wskazując, zawieszoną na najniższej gałęzi, sukienkę i buty, po czym wrócił do wydobywania orzeszka ze skorupki. Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie i zgarnęła swoje ubrania. Z jękiem stwierdziła, że czarna kreacja była cała poplamiona a w jednym miejscu miała nawet drobne rozprucie.
- Mogę podarować ci nową.
- Rozmawialiśmy juz o tym. Możemy wrócić do domu?
Mężczyzna wstał.
- A trening?
Potrząsnęła głową.
- Muszę sie umyć. Poza tym nic nie jadłam od wczoraj. Przecież nie mogę liczyć, że ktoś zabierze mnie na kolację – wymamrotała nadąsana.
- Wciąż się gniewasz?
- Nie… – westchnęła. – Po prostu jestem głodna.
Demon wzruszył ramionami, wsadził do ust ostatni kawałeczek orzecha i złapał ją za rękę. Chwilę potem, na leśnej polance, skąpanej w mdłym świetle przebijającego się przez konary drzew promieni słonecznych, zostały tylko dwie szare myszki i wiewiórka, przeglądająca pozostałe po Marcosie skorupki orzecha.
Będąc już w mieszkaniu, dziewczyna pospiesznie zniknęła w łazience. Ciepły strumień wody, zadziałał kojąco na jej obolałe po nocy plecy. Sen na twardej ziemi, usłanej kamyczkami i niedużymi gałązkami, nie należał do najprzyjemniejszych. Wychodząc do salonu poczuła, że coś przyjemnie pachnie. Na stole w kuchni znajdował sie dzbanek z gorącym kakako, obok w kolorowej miseczce, płatki. Na białym talerzyku drżem truskawkowy, twarożek, masełko i dwie bułki.
- Jak w hotelowej restauracji. – zaśmiała się i usiadła przy stole. – Skąd to wziąłeś? Ja nie zdażyłam wczoraj zrobić zakupów.
Stanął przy niej i oparł się ręką o stół.
- Choć raz nie pytaj, tylko skosztuj i podziękuj.
- Dziękuję – odparła. Nie chciała się kłócić. Nie teraz, gdy dopiero co się pogodzili.
Sięgnęłą po dzbanek z kakao i nalała słodkiego, mlecznego płynu do miseczki, w której znajdowały się już płatki kukurydziane.
- Ty nie jesz?
- Już jadłem. – wplótł swoje zgrabne palce w jej mokre włosy. Jego usta dotknęły jej szyi a ją przebiegł dreszcz. – Wróce po południu. Pamiętaj o trenignu.
- Dokąd znikasz? – zmarszczyła się.
- Nie patrz tak na mnie. Muszę się pojawiać w królestwie. – widząc, że chce coś powiedzieć, dodał szybko. – Mówiłaś, ze zufasz.
Tym zamknął jej usta. Po chwili została sama.
Powoli przeżuwała płatki zastanawiając się nad charmonogramem swojego dzisiejszego dnia. nie chciała zastanawiać się co dokładnie miał w planach Marcos. To ponownie doprowadziłoby do wątpliwości i kłótni, a ona z całych sił pragnęła spróbować. Gdy w miseczce nie było już ani kropelki mleka, dziewczyna wstała, odłożyła naczynie do zlewu i postanowiła udać się do piekarni po więcej pieczywa. Na klatce schodowej minęła Olivera. Blondyn uśmiechnął się do niej na powitanie, jednak pod wpływem jej miny spoważniał.
- Lizz, poczekaj..
- Daj mi spokój, Oliverze. – rzuciła i w pośpiechu opuściła klatkę.
Szła chodnikiem, wyłożonym równą czerwoną kostką, obok po obu stronach równo przystrzyżony trawnik. Gdzieś w odddali słychać było dziecięcy śmiech łobuziaków szalejących na placu zabaw. Nieduża piekarnia znajdowała się tuż za zakrętem. Pchnęła drzwi i usłyszała charakterystyczne dzwoneczki. Jednak nie tylko..
- Wypierdalaj mi stąd!!
- Ale Panie złoty, to się więcej nie powtórzy, przysięgnę na co pan tylko chce.
- Wynoś się!! – twarz właściciela robiła się coraz bardziej czerwona a szczupły, młody chłopaczek z łobuzierskim uśmiechem starał się wytłumaczyć.
- Przecież ja nie celowo te buły.. no co pan. Za kilka bagiet taki cyrk, no panie złoty..
W tym momencie gruby właściciel złapał chłopaka za kaptur jego bluzy i niemal wyrzucił na chodnik przed piekarnią. Kątem oka Lizz zarejestrowała jak ten bez cienia skrępowania i wyszczerzył się do niej i puścil oczko. Była tak zaskoczona, że mimowolnie odwzajemniła uśmiech. Gruby właściciel zatrzasnął drzwi.
- Bardzo Panią przepraszam. Trudno dziś o dobrego pracownika. Co podać? – mężczyzna otarł pod z czoła i stanął za ladą.
- SZuka pan pracownika?
Właściciel zmrużył oczy i zmierzył ją wzrokiem.
- Tak jakby.. Ale ty raczej nie nadasz się do pieczenia. Upiekłaś kiedyś chleb?
Pokręciła zrezygnowana głową.
- A liczyć umiesz?
- Oczywiście.
Mężczyzna klasnął w dłonie i uśmiechnął się.
- To od jutra będziesz tu, gdzie ja. Sam osobiście zajmę się piecem – dodał ciszej.
Elisabeth niemal rzuciła mu się na szyję z uciechy. Była tak podekscytowana faktem, że w końcu znalazła pracę, że niemal zapomniała o pieczywie, które chciała zakupić. Gdy wróciła się do lady właściciel pogroził jej palcem.
- Mam nadzieję, że jutro ci przejdzie to roztargnienie.
Dziewczyna wybiegła z piekarni, mając ochotę śpiewać i tańczyć. Praca w piekarni nie należała do szczytu jej marzeń, jednak perspektywa posiadania własnych pieniędzy była dla niej nieoceniona.
Wbiegła do domu i przebrała się w wygodny, szary dres. Następnie udała się do kuchni w poszukiwaniu książki kucharskiej. Postanowiła, że dzisiejsze popołudnie nie będzie tylko trenigniem i chcąc, czy nie Marcos spędzi z nią miły wieczór. W końcu było co opijać, a tak się szczęśliwie składało, że akurat w szafce zalegała jej butelka czerwonego wina. Było już po 12, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Wcześniej musiała jeszcze udać się do marketu po zakupy, więc tak naprawdę dopiero zaczynała przygotowywać kolację.
Otworzyła. I od razu chciała zamknąć drzwi. Jednak jego stopa jej to uniemożliwiła.
- Lizz, proszę..
- Odwal się Oliver.. Nie pozwolę ci więcej mnie obrażać..
- Nie miałem zamiaru.. auuu, miażdżysz mi stopę!
Puściła drzwi. Westchnęła ciężko. Blondyn wszedł do środka.
- Naprawdę bardzo cię przepraszam. Słuchaj, martwię się o ciebie. – podązał za nią niemal krok w krok.
- Ahhh, martwisz, tak? Nie potrzebuję ani twojego martwienia się, ani ciebie. to wszystko? jestem zajęta.
Oliver zauważył butelkę alkoholu na stole.
- Romantyczny wieczór? – spytał drętwo.
- Jak najbardziej, ale tobie nic do tego.
- Lizz proszę.. Pozwól mi być swoim przyjacielem. Obiecuje… – uklęknął przed nią i położył dłoń na sercu. – Przysięgam, że będę milszy. Naprawdę się o ciebie martwię.
- Wstań.. – mruknęła.
- Nie.
Odwróciła się na pięcie i odeszła do salonu. Na kolanach pokuśtykał za nią.
- Lizzy nie bądź tyranem, patrz co ja dla ciebie robię, masz cholernie twardą podłogę.
- Wstań – powtórzyła, jednak na ustach pojawił się lekki uśmiech.
- A wybaczysz?
Wywróciła oczami.
- Dobrze już.
Wstał i złapał ją w ramiona.
- Wiedziałam, że jesteś mądrą kobietą. – pocałował ją w czoło i postawił na ziemi.
Roześmiała się. W jego oczach błyszczały wesołe iskierki.. Jednak gdzieś tam w głębi czaił się również niezrozumiany przez nią smutek.
- Ale pilnuj się Oliverze Fork, jesteś na celowniku.
Mężczyzna w odpowiedzi tylko się uśmiechnął.
- Skoro jesteś zajęta, to… pójdę sobie.. – odezwał się po chwili.
Skinęła głową.
- Zobaczymy się innym razem. – odprowadziła go do drzwi. Gdy je zamknęła pomyślała, że już dawno nie przytrafił jej się tak pozytywny dzień.

14 komentarze więcej...

Rozdział 17.

przez , 16.lut.2015, w Bez kategorii

Przed notką pragnę podziękować Dariuszowi Tychoniowi <jeśli cokolwiek źle napisałam, bądź odmieniłam, proszę o wybaczenie> i raz jeszcze dziękuję za cenne uwagi  i wyłapywanie błędów;)

Była niczym tornado. Ciągle mając w głowie kotłujące sie myśli i skrajne emocje wyrzucała z szafy każdą dotkniętą rzecz. W pewnej chwili zatrzymała się. W ręku trzymała idealną sukienkę. Czarną, obszytą delikatną koronką, wiązana z tyłu niczyk gorset. Na ogół nie przepadała za gotyckim stylem, ale ta sukienka była inna. Miała w sobie czar, który urzekł ją niemal od pierwszego wejrzenia. Odrzuciła ją na łóżko i ponownie zanurkowała w szafie w poszukiwaniu butów. Tak, zdecydowala sie poswięcic mu ten wieczór, ale.. No wlasnie. A co jeśli to naprawsde był tylko seks, a ona jest glupią idiotka która poleciala na niesamowite ciało? Co, jeśli to tylko gra a on jedynie ją wykorzystuje? Wciąż zabijał, tego faktu nie dało się podważyć ani ominąć niezauważenie. W głębi duszy liczyła, że pod wpływem uczucia do niej zrezygnuje ze swojego dotychczasowego życia, z królestwa. Owszem, uprzedzał, że to tak nie działa i nie tak łatwo. Jednak co mogła poradzić, że miała nadzieję? Była już też tym wszystkim zmęczona. Byłaby w stanie walczyć o tą miłość.. ale jak, gdy nie ma pewności, że to co było między nimi można nazwać tak dużym słowem.?
Potrząsnęła głową. To wszystko było jakimś obłędem. Stanęła przd lustrem. Wzięła do ręcki prostownicę i zajęła się swoimi włosami.
Lavinia… To z nią miała ochotę teraz porozmawiać. Ona znała swojego brata, jak nikt. Może byłaby w stanie udzielić jej kilku odpowiedzi. Problem w tym, że takie spotkanie było niemożliwe. Westchnęłą. Ostanie pociągnięcie ceramicznymi „szczypczykami” . Uśmiechnęła się nieśmiało do swojego odbicia. Wyciągnęła z szafki kosmetyki.
Kilkanaście minut potem, stukając obcasami przemierzała po raz kolejny odcinek „ściana – sofa”, zerkając nerwowo na zegarek. Punktualnie o 20.00 pojawił się tuż obok niej. Na jego twarzy widniał tajemniczy półuśmiech, który powiększył się na jej widok. Przysunął ja ramieniem do siebie, tak, że zetknęli się biodrami.
- Jesteś piękna. – pstryknął jej palcem w nos. – Tylko, że taki strój… ale w porządku. Może to i lepiej. Poza tym wyglądasz w tym tak pociągająco, że nie jestem w stanie kazać ci się przebrać.
Skrzywiła się. Nie umknęło to jego uwadze. Roześmiał się i złapał ją za rękę. Zniknęli.
Dziewczyna wylądowała na twardym podłożu. Dookoła panowała wieczorna szarość. Otaczały ją drzewa, krzewy.. brakowało tylko..
- Marcosie! – zawołała podnosząc się. – Marcos, gdzie jesteś?! – nerwowo rozglądała się dokoła. Panowała tu złowroga cisza przerywana co jakiś czas typowo leśnymi odgłosami. Serce zaczynało jej podchodzić do gardła, obcas utknął w ziemi, była bliska płaczu. Czyjeś ramię złapało ją za kark, poczuła dłoń zatykającą jej usta. Zaczęła krzyczeć, lecz był to raczej słumiony, żałosny dźwięk. W panice zrobiła jedyne, co przyszło jej do głowy. Ugryzła najbliższego jej zębom palca. Dłoń odsunęła się.
- Tak, jak widać twoje zdolności samoobrony są tak marne, że niemowlę z kólestwa pokonałoby cię za pomocą trzech ruchów. – Marcos okrążył ją i stanął naprzeciw niej. Na jego twarzy malował się irytujący ją spokój.
- Czy ty jesteś normalny ?!!! – krzyknęłą. Serce wciąż biło jej jak oszalałe. Chciała wykonać krok do przodu, jednak zapomniała o wbitym w ziemię obcasie i straciła równowagę. W ostatniej chwili złapał ją i postawił do pionu. Wyrwała się.
- Nie dotykaj mnie.
- Elisabeth, potrzebne ci szkolenie.
- O czym ty pieprzysz? – jej wzrok ciskał iskry. Całe wzburzenie tego dnia właśnie wydobyało się na zewnątrz. – Sprowadzasz mnie w srodku nocy do lasu, niemal pozbawiasz życia ze strachu i.. i… jak śmiesz się śmiać?! – jej głos stawał się coraz bardziej piskliwy.
- Ależ Elisabeth, spokojnie. Po pierwsze mamy wieczór, nie noc. Po drugie chciałem ci jedynie zademonstrować, że w sytuacji kryzysowej jesteś małą, szarą, nieszkodliwą myszką.
- Co ty pieprzysz..? – powtórzyła już ciszej.
Wyciągnął ku niej rękę, jednak cofnęła się. Uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.
- Ja wiem, ze prawdopodobnie wyobrażałaś sobie kolację przy świecach, ale ja o niczym takim nie mówiłem. – mówił spokojnie, niemal hipnotyzująco. – Poza tym ja nie jestem typem adoratora, który przynosi damie kwiaty, pisze wiersze i wzdycha pod balkonem.
Prychnęła.
- Jasne, ty jesteś typem, który zamiast kwiatów przynosi dziewice w ofierze.
Pokręcił tylko głową.
- Nasz związek jeszcze się nie zaczął a niemal już się kończy. Ty nie chcesz przestać zabijać a teraz chcesz mnie w to wciągać? Jakimi kategoriami ty myślisz, za kogo mnie masz? – ponownie zaczynała krzyczeć.
- Elisabeth, przecież to nie tak..
Uniosłą dłoń do góry.
- Nie chcę cię słuchac. Odpuść sobie tłumaczenia i zostaw mnie w spokoju. – wyszarpnęła obcas z ziemi, sciągnęłą drugiego buta i na boso udała się w ciemność.
- Nie wrócisz sama do domu – zauważył, ale w odpowiedzi otrzymał jedynie kilka wyzwisk. Pokrecił głową, niezwykle rozbawiony całą sytuacją i chcąc nie chcąc podążył za nią.
Szła… nie, taranowała przestrzeń. Jej złość i frustracja była niemal namacalna. Stopy bolały ją już od twardego podłoża. A ona głupia się uszykowała, wyciągnęła najlepszą sukienkę.. dla kogo?! Cieła ciemność, nie wiedząc dokąd zmierza ani gdzie jest. Wiedziała jedno, chce być jak najdalej od niego.
Wtem gdzieś w oddali rozległo się wycie. Znieruchomiała. Dźwięk się powtórzył. Strach ściskał jej serce w żelaznym uścisku. Zaklęła. Była sama w ciemnym lesie.
Sama..
Las..
Ciemność..
Wycie.. Długie i donośne wilcze wycie. Coraz bliższe, coraz intensywniejsze. Dziewczyna rozgladała się nerwowo przyciskając szpilki do piersi. W pewnej chwili miała wrażenie, że wycie rozległo się tuż za nią. Odskoczyła. Wyciągnęła przed siebie buta, obcasem do przodu. Przed nią lśniły wściekłe oczy szarego basiora. Wyszczerzał kły a z pyska kapała mu slina.
- Chrzanić dumę – mruknęła – Marcos!
- Dama w opałach? – usłyszała za sobą.
Odwróciła się i dostrzegła go stojącego na gałęzi. W tej samej chwili warczenie ucichło a po wilku została kupka popiołu.
Demon zeskoczył z drzewa.
- Na przyszłość, panienko, radziłbym nie odwracać się od napastnika.
Odetchnęła z ulgą. Coś jednak dalej powstrzymywało ją przed rzuceniem się mu w ramiona.
- Znów jestem panienką? – odezwała się cicho.
Westchnął.
- Póki mi nie zaufasz, tak będzie lepiej. Jeśli chcesz być ze mną nie możesz zmieniać we mnie wszystkiego.
Stanął tuż przed nią i wyciągnął z jej rąk buty.
- Tym? Tym chciałaś zabić wilka? – wybuchnął śmiechem.
Mimowoli rownież się roześmiała.
- Marcosie..
- Nie, Elisabeth, nie chcę byś tłumaczyła mi swoje motywy. Albo mi ufasz albo nie. To proste. I nie zamierzałem uczyć cię zabijać. Pragnę tylko, byś potrafiła się bronić. Chociaż minimalnie – dodał po chwili, patrząc na nia z ukosa.
Dziewczyna patrzyła na niego przez dłuższą chwile w milczeniu .
- Zaufam ci Marcosie – powiedziała w końcu. Nie miała pewności, czy to dobra decyzja, jednak nie potrafiła podjąć innej.
Demon szybkim ruchem przyciągnął ja do siebie. Zaczął ją zachłannie i pożądliwie całować. Nie zwracali uwagi na miejsce ani czas. Po niedługim czasie ich krzyki spełnienia niosły się pomiędzy drzewami a wszelkie leśne stworzenia skryły się w swoich norach nie śmiąc im przerwać.

14 komentarze więcej...

Rozdział 16..

przez , 14.lut.2015, w Bez kategorii

Zatem podsumowując.. – myślała, grzebiąc widelcem w gulaszu, który kilka minut temu zdążył już wystygnąć. – Wciąż jestem bezrobotna, pieniądze niemal mi się już skończyły, moja najlepsza przyjaciołka nie chce mnie znać a materiał na przyjaciela ma rozdwojenie jaźni. No i najważniejsze. Mój ukochany jest demonem i już drugi dzień nie daje znaku życie – wsadziła porcję kaszy do ust. Przeżuła. – Kocham cię życie – upiła łyk gorzkiej herbaty. Na ogół ludzi to dziwiło. Bo jak można coś takiego pić? Bez cukru?? Jednal ona lubiła i już.
- Masz zamiar to jeść? – usłyszała obok siebie. Uniosła głowę i rozpromieniła się.
- Marcosie – wstała i oplotła ramionami jego szyję. Pocałował ją, uniósł i posadził na blacie stołu.
- Witaj, Maleńka – nachylił sie nad nią, wziął między palce jeden z kosmyków jej włosów i zaczął się nim bawić. Czuła jego ciepły oddech na szyi.
- Wyglądasz na szczęśliwego. – odezwała się obserwując powolne ruchy jego dłoni.
Uniósł na nią wzrok.
- Bo jestem szczęśliwy – uśmiechnął się szeroko i sięgnął po jabłko z kosza, znajdującego się za dziewczyną. – Jak wygląda twoje zaplecze finansowe? – zagadnął, wgryzając się w owoc.
Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana. Potrząsnęła głową.
- Co?
- Pytałem, o twoje finanse.
- Kończy się.
Machnął ręką.
- Nie przejmuj się. Jutro przyniosę ci więcej.
Ogryzł szybko jabłko i wyrzucił ogryzek. Złapał ją w tali, uniósł i przyparł do ściany. Pocałował ja agresywnie.
- Zaraz wracam.
- Ale… – jednak jego już nie było.
Zsunęła się po ścianie. Dotknęła dłonią ust.
Marcos zmaterializował się w czyimś mieszkaniu. Rozejrzał się dookoła. Dostrzegł go pracującego przy komputerze.
- Wybacz, że przeszkadzam.
Mężczyzna gwałtownie odwrócił głowę.
- Czego chcesz?- warknął.
Marcos uniósł ręce w obronnym geście.
- Spokojnie. Przyszedłem, by ci podziękować. Uratowałeś mi życie. Oliver, tak?
Blondyn skinał głową.
- Mam u ciebie dozgonny dług wdzięczności.
- Spłać go, odwalając się od Lizz.
Demon zaśmiał się krótko.
- Kimże jesteśmy, by stawać na drodze miłości?
Oliver zacisnął dłonie w pięści.
- A kim ty jesteś, by skazywać ją na śmierć?!
Marcos złożył ręce na piersi i przechylił głowę na bok.
- Mówi to człowiek, który chciał ją zgwałcić.
- Nie chciałem jej zgwałcić! – wrzasnął. Zbliżył się do demona i uniósł w górę wskazujący palec.
- Odpieprz się od niej, bo…
- Bo co? Wsadzisz mi ten palec w oko? – jego rozbawienie doprowadzało Olivera do granic.
Zanim jednak zdążył zrobić cokolwiek bruneta już nie było.
- Gdzie właściwie byłeś? – zmarszczyła się, gdy stanął ponownie w kuchni.
- Musiałem komuś podziękować.
- Byłeś u Olivera? – nie kryła zdziwienia. – On cię nie lubi.
Usmiechnął się.
– Zauważyłem.
Podszedł do niej, złapał ją za rękę i okręcił wokół własnej osi.
- Ale przeciez nie będziemy sobie tym zaprzątać myśli. – przysunął ją do siebie i spojrzał prosto w oczy. – Czy zrobisz mi tą przyjemność i oddasz mi dzisiejszy wieczór?
Uśmiechnęła się rozanielona.
- Gdzie mnie zabierasz?
Wypuścił ją z objęć.
- To niespodzianka. – Usiadł na krzesle i oparł stopę na kolanie. – To co robiłaś przez ostatnie dni? Trochę zaniedbałem własne obowiązki względem ciebie.
- Obowiązki?
- Jako twój bodyguard dość często cię obserwuję. Otworzyła szerzej oczy.
- SZpiegujesz mnie?
– Ależ skąd. – roześmiał się. – Upewniam się jedynie czy wszystko u ciebie w porządku. Więc? Co u ciebie?
Wzruszyła ramionami. Odwróciła się do niego plecami i odkręcił kurk z wodą. Zajęła się zmywaniem.
- Muszę znowu zacząć szukać pracy…
- Wręcz przeciwnie. Jutro uzupełnię twoje braki w gotówce. Nie musisz pracować.
Powoli odłożyła niedomyty talerz . Popatrzyła na niego srogo.
- Skąd masz te pieniądze?
Poruszył się nerwowo na krześle.
- Cóż.. demony mają swoje sposoby.
-Sposoby? – Mimowolnie podnosiła głos. – Jakie sposoby??
-Śliczna moja, nie denerwuj się. – podniósł się. Zamknął jej dłonie w swoich. – Nie zaprzątaj sobie tym swojej małej główki.
Wyrwała się.
- W tej chwili masz mi powiedzieć, jak zdobywasz pieniądze.
Wywrócił oczami.
– Jak na tak drobną osobę, jesteś niesamowicie uparta i dociekliwa.
- Więc?
Westchnął.
-Zabiłem kilka osób. Pieniądze nie były im już potrzebne.
Wplotła palce we włosy.
- Zabiłeś i okradłeś… – jęknęła.
- Jestem demonem – przypomniał – Wiedziałaś o tym.
- Ale chyba nie myślałeś, że będąc ze mną możesz sobie dalej zabijać?
Założyła ręce na piersi i patrzyła na niego ze złością.
- Też jestem człowiekiem. Mnie również zabijesz?
- Też coś. Ciebie nigdy bym nie skrzywdził. Jak również nikomu nie pozwolę tego zrobić.
- Przestań zabijać – powiedziała twardo.
Podszedł do niej i położył ręce na jej ramionach.
- Mówiłem ci ostatnio, że nie mogę od razu wszystkiego zmienić. Staram się, ale to wymaga czasu. Jestem demonem, Elisabeth. Byłem demonem przez ostatnie setki lat. Nie masz prawa wymagać ode mnie, że zmienie się z dnia na dzień. Mówił spokojnie, jednak jego spojrzenie było karcące.
Wciąż naburmuszona wzruszyła ramionami. Pokręcił tylko głową.
- Zastanów się nad tym. Będę tu o 20. Mam nadzieję, że do tego czasu wyciągniesz odpowiednie wnioski. I jeśli nie chesz nie przyniosę tych pieniędzy. Twój wybór. – pocałował ją przelotnie i rozpłynął się a ona z wściekłością kopnęła leżącą pod ścianą torebkę.

17 komentarze więcej...

Uwaga.

Zawartość bloga objęta jest prawami autorskimi, ktore są własnością autora. Zabrania się kopiowania treści oraz wykorzystywania jej w jakimkolwiek celu. Byłoby miło, gdyby czytelnik dostosowywał się do zasady CZYTAM=KOMENTUJE . Nie zależy mi tylko na pozytywnych opiniach, także jeśli się coś nie podoba, śmiało ;)

Archiwum

Wpisy, chronologicznie...