Archiwum dla: Styczeń, 2015

Rozdział 9.

przez , 31.sty.2015, w Bez kategorii

Na początek kilka ogłoszeń parafialnych;)  Przede wszystkim proszę o cierpliwość już niebawem przestanie być nudno i akcja zacznie nabierać tępa..no i pojawi się Marcos;) Dodatkowo zapraszam na sam dół bloga. Tam znajdziecie odnośnik do top listy na której umieściłam bloga <jeśli ktoś ma ochotę może zagłosować> i moją własną listę stron godnych polecenia<tam kolejność jest warunkowana przez nowe notki>;) zachęcam do odwiedzania ich;) 

 

 

Elisabeth otworzyła oczy. Uśmiechnęła się do siebie i zachichotała. Wstała, odsłoniła rolety w oknach i włączyła radio. Całe mieszkanie wypełniło się głosem Katty Perry. Udała się tanecznym krokiem do kuchni i przygotowała sobie kulki czekoladowe z mlekiem. Właśnie wkładała kolejną łyżkę do ust, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Niewiele myśląc, podśpiewując pod nosem, otworzyła. Gdy go zobaczyła, zawartość jej ust wylądowała na jego twarzy. Otarł mleko rękawem.
- Dziękuję, już jadłem. – uśmiechnął się promiennie.
Lizzy okryła się szkarłatnym rumieńcem. Wciąż miała na sobie różowo-szare piżamki i wielkie kapcie w kształcie prosiaków.
- Wybacz – bąknęła. – Co tu robisz?
- Mogę wejść? – Oliver wciąż się uśmiechał – Lizzy, nie patrz tak na mnie. – odgarnął kosmyk włosów z jej czoła. – W piżamach też jesteś pociągająca.
Zarumieniła się jeszcze bardziej i wpuściła go do środka. Posadziła go przed telewizorem a sama udała się do łazienki by doprowadzić się do jakotakiego porządku. Pozbywszy się kompromitujących ubrań i okiełznawszy włosy, usiadła przy nim na sofie.
– To co cię do mnie sprowadza o tak wczesnej porze?
Objął ją ramieniem i spojrzał na jej wciąż lekko zażenowaną twarz.
- Mówiłaś, że szukasz pracy.
Skinęła głową.
- Zapytałem szefa, czy nie znalaby się dla ciebie jakaś posada. Mówiłaś, zdaje się, że umiesz pisać.
- Tak. Nie mam dużego doświadczenia, ale…
- Świetnie. W poniedziałek, pójdziesz ze mną do redakcji. Zostaniesz felietonistką. Może kiedyś awansujesz i będziesz takim żądnym sensacji reporterem jak ja. – wypiął dumnie pierś i roześmiał się. Zaraz jednak spoważniał. Wtulił twarz w jej włosy. – Chciałbym jutro zaprosić cię do siebie. – wymruczał jej do ucha. – Postaram się, by ci się podobało.
Elisabeth odsunęła się lekko.
- Oliver… – westchnęła.
Rozmawiałą z nim o tym już wielokrotnie. Lubiła go. Czuła, że mogłaby zacząć traktwać go, jak kogoś szczególnego w swoim życiu. Jednak miesiąc, to dla niej zbyt krótki okres czasu, by wskakiwać mu do łóżka.
Mężczyzna pokręcił głową z rozbawieniem.
- Lizzy, nie rób takiej przerażonej miny, nic się nie wydarzy, jeśli nie będziesz chciała. A teraz chodź ze mną. – wstał i wyciągnął ku niej rękę.
- Dokąd?
- Jest takie jedno miejsce, które bardzo mi się podoba. Pokażę ci je. I tak muszę jechać do sąsiedniego miasta po materiały, a to niedaleko.
Chwilę potem byli już w samochodzie, którego wnętrze wypełniły dźwięki spokojnej muzyki. Lizz patrzyła na mijane drzewa, budynki. Wzrok miała nieobecny, jej mysli płynęły innym torem.
- Lizzy, jeśli cię nudzę…
- Gdzie jedziemy?! – dziewczyna nagle wyprostowała się. Zaczynała poznawać tę okolicę.
Oliver roześmiał się.
- Nie porwę cię. Spokojnie, mam w miasteczku do odebrania materiał, potem zabiorę cię w góry.
Dziewczyna poczuła ogarniającą ją słabość.
- Nie możemy, ja…. Zawróć!!
Chłopak spoważniał, jego wzrok utkwiony był w drodze. Zmarszczył się.
- Muszę odebrać materiał, poza tym sądziłem, że ci się spodoba. – mruknął – Kiedyś wspomniałaś , że lubisz góry.
- Nie te góry! Zatrzymaj się.
Popatrzył na nią szczerze zdziwiony.
- W porządku, wrócimy, jeśli chcesz. Odbiorę tylko materiał. Naprawdę cię nie rozumiem.
Zatrzymał się. Kręcąc głową wysiadł z samochodu. Skierował się do niedużego blokowiska. Po chwili zniknął w jednej z klatek schodowych. Elisabeth została sama w samochodzie. Nerwowo rozglądała sie dookoła. Nie powinno jej tu być. Jeśli Marcos się dowie, będzie po niej. Na domiar złego bezwiednie wciągnęła w to wszystko Olivera. A Becky? Jeśli przypadkiem by tędy przechodziła i zobaczyła ją w samochodzie. Poczuła nerwowe mdłości. Sekundy dłużyły się w nieskończoność. Miała wrażenie, że jest obserwowana przez tysiące par oczu. Nagle drzwi samochodu otworzyły się. Niemal podskoczyła na siedzeniu.
- Już jestem – wrzucił grubą kopertę do schowka. – Oparł ręce na kierownicy i popatrzył na nią poważnie. – Może teraz mi wyjaśnisz, o co ci chodzi?
- Wszystko ci powiem, ale jedźmy już, dobrze?
Oliver uruchomił silnik i chwilę potem wyjeżdżali już z tego felernego miasteczka.
- No więc? – zapytał kilka minut później.
Westchnęła. Jej wzrok ponownie utkwiony był w szybie.
- Mieszkałam tu kiedyś. – odparła cicho.
- Tak? Nigdy mi o tym nie mówiłaś.
- Z tamtym miejscem wiążą się złe wspomnienia.
- I to wspomnienia sprawiły, że zachowywałaś się, jakby sam diabeł deptał ci po piętach? – zerknął na nią z ukosa.
Nie odezwała się. Bo też co miała odpowiedzieć? Że poniekąd właśnie tak było?
- Nie musisz mówić, ale mnie nie tak łatwo zwieść, jestem dziennikarzem. – powiedział bezbarwnym tonem.
Dalszą drogę pokonali w milczeniu.
Tego dnia Elisabeth nie odzyskała dobrego humoru. Ożywiła się dopiero następnego dnia, gdy wieczorem szykowała się na kolację do Olivera. Czuła, że musi mu jakoś zrekompensować wczorajszy dzień, nie była jeszcze tylko pewna jak to zrobić. Pełna nowej, pozytywnej energii wyszła z domu i skierowała się na wyższe piętro. Szła pewnie, nie przypusczając, ze ta z pozoru zwykła kolacja będzie początkiem nieodracalnym zmian w jej życiu.

 

18 komentarze więcej...

Rozdział 8.

przez , 28.sty.2015, w Bez kategorii

Następn dni Elisabeth spędziła na próbach zaklimatyzowania się w nowym otoczeniu. Jej nowe miasteczko było urocze. Niezliczona ilość niedużych sklepików, a w każdym z nich sprzedawcy uprzejmie zapraszali w swoje kromne progi. Ławeczki, park, placyki zabaw dla dzieci. Wszechobecna harmonia i spokój. Lizz mogła odetchnąć. Po ostatnich wydarzeniach potrzebowała wręcz zabójczej nudy i przygniatającego spokoju.
Uzupełniła swoją garderobę i zotawiła Becky wiadomość, że musiała wyjechać i odezwie się po powrocie. Nie mogła jej powiedzieć prawdy. Twardo stąpająca po ziemi przyjaciółka nigdy by w to nie uwierzyła. Na brak pieniędzy wciąż nie mogła narzekać, jednak im bardziej jej stan psychiczny się regulował, tym intensywniej odczuwała potrzebę pójścia do pracy. Miała dość lenistwa i beztroskiego nieróbstwa. Chciała też zapomnieć o przeszłości. A nie bylo to łatwe.Wszystkie te wspomnienia siedziały głęboko zakorzenione w jej umyśle. Niejednokrotnie łapała sie na ogladaniu za siebie, na strachu, gdy czasem wracała po zmroku do domu. Czuła lęk przed oprawcami, których nigdy nie widziała na oczy. Tyczyło się to również Marcosa. Nie znała go, nie ufała mu. Nie wiedziała co robi ani gdzie się znajduje, czy czasem jej nie wydał lub czy sam nie próbuje pozbawić jej życia. Musiała bardzo nad sobą pracować, by żyć chociaż z pozoru normalnie.
Często natykała się na przystojnego sąsiada z góry, który za każdym razem ponawiał swoje zaproszenie i za każdym razem otrzymywał odmowę. Jednak pewnego dnia Elisabeth uległa. Dlatego też stała teraz przed szafą i z błyszczącymi z podniecenia oczyma zastanawiała się, co na siebie włożyć. Karciła się w duchu za niedojrzałość, jednak nie potrafiła nic poradzić na to, ze cieszyło ją zainteresowanie Olivera. Jej życie uczuciowe nie było zbyt bogate. Kilka przelotnych, nieudanych romansów w przeszłości. Potrzebowała czułości, uwagi, flirtu.
Włożyła na siebie białą sukienkę w czarną kratę, dopasowaną w talii. Do tego czarne sandałki na niedużym obcasie. Spojrzała w lustro i uśmiechnęła się do swoich błyszczących oczu. Usłyszała dzwonek do drzwi. Zgarnęła z toaletki drobną torebeczkę i pognała do drzwi. Otworzyła.
- Witaj, bella, wyglądasz olśniewająco. – wyciągnął ku niej rękę. Podała mu swoją. Pachniał drogimi perfumami, od których w przyjemny sposób kręciło się w głowie.
- Dokąd mnie zabierasz? – zapytała, wsiadając do jego srebrnego samochodu.
- Na początek może cos zjemy? – zamknął za nią drzwi, okrążył pojazd i usiadł za kierownicą. -A potem, zobaczymy… – uśmiechnął się szelmowsko i przekręcił kluczyk w stacyjce.

-Jesteś po prostu słaby – warknął barczysty demon i wykrzywił się z niesmakiem.
- Zapędzasz się , Leo. – mruknął Marcos od niechcenia. Odwrócił się , by odejść, lecz brat złapał go za ramię.
- Nie wykręcisz się od tego. Po tych wszystkich latach, każdy liczył na coś więcej, a ty tak po prostu ją zabiłeś. Nie ukryjesz swoich ludzkich genów. – splunął z odrazą, po czym spojrzał na niego, a jego oczy zabłyszczaly wrogo. – Król prędzej czy później dojdzie do tych samych wniosków. Na twoim miejscu miałbym się na baczności – dodał i wybuchnął złowrogim śmiechem.
Marcos pokręcił tylko głową i odszedł.Nie zmierzał w konkretnym celu. Szedł na ślepo przez korytarz, czując pojawiającą się w jego duszy wściekłość. Nadomiar złego natknął się na Iris. Kobieta przyparła go swoim ciałem do ściany i wpiła się w jego usta. Odepchnął ją.
- Postradałaś rozum?
Jej usta rozciągnęły się w szelmowskim uśmiechu a czarne oczy błyszczały jakby z satysfakcją.
- Marco – wymruczała wsuwając dłoń pod jego koszulę. Oboje wiemy, że nie znajduje się tu zbyt dużo kobiet. A. Ja. Chcę. Ciebie – wypowiedziała powoli każde słowo z osobna. – Możesz zgodzić się sam, albo… – odpięła guzik jego koszuli. – Dobrze wiesz, jak król ceni młode. W przeciągu ostatniego roku nikt się nie urodził a ja chcę urodzić twoje. – odpięła kolejne dwa. Marcos z trudem krył obrzydzenie. Tym razem odepchnął ją tak, że upadła.
-Jesteś chora. – nim się zdematerializował usłyszał tylko jej syczące „pożałujesz”
Pojawił się w jednej z czarnych uliczek, w jakimś punkcie na świecie. Wściekłość i frustracja niemal rozsadzała mu głowę. Z jego gardła wydobył się głośny ryk.
- Te, koleś, może to i jest szemrana ulica, ale jakaś kultura musi być. – brudny mężczyzna, w brudnych łachmanach głośno czknął. Uniósł do góry trzymana w ręku butelkę wódki i pociągnął łyk. Marcos działał pod wpływem emocji. Zacisnął palce na jego gardle, wyszarpnął buelkę z jego dłoni i rozbił ją o krawężnik. W ręce została mu sama, ostro zakończona szyjka. Przytknął ją do nagiej piersi mężczyzny, który ze strachu, nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zaczął się wyrywać. Marcos zwolnił uścisk. Mężczyzna odbiegł, by za moment upaść ugodzony odłamkiem szkła w plecy. Demon patrzył na powoli sączącą się krew. Słyszał jego jęki. Po chwili, kulą ognia, obrócił jego ciało w pył. Ów wyczyn nie sprawił, że poczuł się lepiej. Wciąż odczuwał wściekłość i obrzydzenie. Jednak teraz jego uczucia dotczyły jego własnej osoby.

………………………………………….

Wciąż obowiązuje zakaz kopiowania.  Jak Wam się podoba? Zauważyłam, że blog ma sporo wejść… zachęcam więc do komentowania. Jeśli czytasz, napisz swoją opinie, odnośnie stylu, fabuły, jeśli ci się podoba lub nie, jesli ktoś ma jakieś zastrzeżenia,  itd. To motywuje i zachęca do dalszego pisania:)

18 komentarze więcej...

Rozdział 7.

przez , 25.sty.2015, w Bez kategorii

Czuł, jak ogień jego duszy wściekle walczy z tlącą się w sercu rozpaczą. Wyszedł bez słowa z sali. Nie będąc nawet w połowie korytarza, rozpłynął się.
Skalisy klif niezmiennie przyjmował ciosy, które zadawały mu spienione, wodne bałwany. Słońce świeciło dziś wyjątkowo intensywnie, jednak świeża bryza neutralizowała uczucie gorąca. Marcos stanął nad przepaścią, niepewien, co powinien uczynić. Westchnął w końcu i skierował się do wnętrza groty.
- Zmądrzałaś? – warknął, nawet na nią nie patrząc.
Dziewczyna wstała i spojrzała na niego wyzywająco.
- Nie podoba mi się, że chcesz zmienić całe moje życie.
Chwycił ją mocno za ramię. Jęknęła.
- Słuchaj, panienko, mnie również wiele rzeczy się nie podoba. Przykładowo, nie podoba mi się, ze muszę ratować twój słaby, ludzki tyłek, mimo, że mam wielką ochotę cię zabić. – puścił jej rękę. – Przed chwilą przebiłem serce swojej siostry, nie prowokuj mnie, bo zerwę tę śmieszną umowę.
Elisabeth zamarła w bezruchu.
- Co zrobiłeś? – jęknęła. Te wszystkie wydarzenia wokół niej działy się zbyt szybko. Była niewyobrażalnie skołowana.
- To, co słyszałaś. Dlatego darujmy sobie te ckliwe przemowy, czas na nas. – szarpnął ją za rękę. Tym razem się wyswobodziła.
Odskoczyła pod ścianę. Jedną nogą wdepnęła w kałużę wody, jednak nie zwróciła na to uwagi.
- Jak mogłeś…po tym co ci powiedziała. Wybaczyła ci! Wierzyła w ciebie, a ty…
W jednej chwili dopadł do niej. Wykręcił jej rękę do tyłu.
- Gdybym tego nie zrobił, inni torturowaliby ją w nieskończoność. – syknął – A teraz zamknij już usta.
Nim skończył wypowiadać ostatnie słowa klif opustoszał.
Zmaterializowali się w niedużym pomieszczeniu o fioletowych, ciepłych ścianach. Po środku, na jasnych panelach rozłożony był owalny, kremowy dywan. Pod jedną ze ścian stała pokryta zamszem kanapa, naprzeciw niej nieduży telewizor.
- Witaj w domu – rzucił od niechcenia.
Elisabeth spoglądała na niego uważnie. Czuła, że to wszystko nie jest takie proste, że gdzieś jest ukryte drugie dno, do którego on sam nie chce się przyznać. Walczyłą z pragnieniem dotknięcia jego twarzy.
- Masz zapełnioną lodówkę, dalej radź sobie sama. Nie jestem nianią.
- Uratowałaś ją. – stwierdziła cicho.
Uśmiechnął się krzywo.
- Zostaw ten temat w spokoju. Lavinia nie żyję, a tobie radzę skupić się na nie popełnianiu głupot. Na lodówce, jeset numer do właściciela. To oficialnie moje mieszkanie, które odstąpiłęm ci na jakiś czas. Tej wersji się trzymaj. Nie waż się wracać w góry ani do tamtego miasteczka. – upomniał ją groźnie. – Jeden fałszywy ruch i osobiście cię zabiję.
Jego słowa zdawały się do niej nie docierać. Była w obcym miejscu, w obcym mieszkaniu, w którym miała spędzić najbliższe dni, miesiące…lata. Czuła się zagubiona, roztrzęsiona. Sam fakt istnienia równolegle niemal innego świata, przyprawiał ją niemal o utratę zmysłów.
- Nie zamierzam cię odwiedzac, chyba, że złamiesz nasze małe zasady. Jednak na twoim miejscu modliłbym się, by ten dzień nigdy nie nastał. – skinął lekko głową. – Żegnam panienkę. – nie czekając na odpowiedź, zniknął, pozostawiając ją w czterech obcych ścianach.
Bezsilnie osunęła się na podłogę. Czuła jak myśli kotłują się w jej głowie. Była bliska obłędu… Rozejrzała się. Nieprzytomnie wstała i udała się na poszukiwanie kuchni, mając nadzieję, że znajdzie tam kawę. To był jej pierwszy punkt na liście rzeczy niezbędnych w drodzę do normalności. Drugim punktem było nabycie ładowarki. Musiała naładować swój telefon. Była pewna, że Becky niejednokrotnie próbowała się z nią skontaktować. Ambitny plan, który zakończył się odnalezieniem sypialni, nieutulonym płaczem i snem, z którym nie miała sił walczyć.
Nazajutrz obudziły ją prominienie słońca, przedzierające się przez jasną firankę. Zacisnęła mocniej zamknięte powieki i narzuciła kołdrę na twarz. Czuła się parszywie. Bolała ją głowa, piekły oczy, czuła w sercu pustkę. Wyciągnęła rękę i po omacku zaczęła szukać telefonu. Zamiast go chwycić, zepchnęła go z szafki. Odkryła sie i zanurkowała pod łóżko. Wciąż był rozładowany. Pokręciła tylko głową. Stanęła przed niedużym lustrem i przyjrzała się swojemu odbiciu. Wyglądała żałośnie. Niezmieniane od trzech dni ubrania, zaczynały śmierdzieć potem. Z nadzieją skierowała się do wysokiej orzechowej szafy. Otworzyła ją.
- To chyba jakiś żart…
Wewnątrz znajdowała się tylko jedna rzecz. Mdląco różowa, krótka sukienka z lekko rozkloszowanym dołem i dekoldem w „łódkę”. Nienawidziła różowego. Nadomiar złego, ta sukienka, była krótszą wersją owych kreacji z tandetnych filmów o druhnach. Niemniej jednak była na nią skazana. Wzięła prysznic, zjadła śniadanie ii wypiła mocną kawę. Pora na wycieczkę do miasta. Miała tylko nadzieje, że jej mieszkanie nie było usytuowane daleko od centrum, gdyż jej jedyny samochód został w górach.
W szafce z butami znalazła szare baleriny. Wychodząc spojrzała w lustro. Chcąc, nie chcąc do takiej sukienki musiała się umalować.. Co ciekawe zestaw kosmetyków czekał na nią w szafce, w łazience. Rozpuszczone włosy z kracją opadały na plecy i ramiona. Mimowolnie uśmiechnęła się do swojego odbicia. Otworzyła drzwi i wyszła na korytarz.
- Nowa lokatorka? – usłyszała za sobą męski głos.
Przekręciła klucz w zamku i odwróciła się. Przed nią stał wysoki blondyn o ciemnoniebieskich oczach i pewnym siebie spojrzeniu. Uśmiechnęła się lekko.
- Jestem Lizz. – wyciągnęła rękę. Mężczyzna od razu ją uścisnął.
- Oliver. Mieszkam piętro wyżej. Poprzedni lokatorzy wczoraj się wyprowadzili, nie sądziłem, ze tak szybko ktoś się znajdzie. Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Dlaczego się wynieśli?
Wzruszył ramionami.
- Nie jestem wścibski. Wczoraj wieczorem ich nie widziałem, a firma do przeprowadzek wynosiła ich rzeczy. – uśmiechnął się figlarnie. – Może dasz się zaprosić na kawę?
- Dzisiaj jestem odrobinę zajęta, może innym razem – dodała szybko i oddaliła się, mając w głowie jedynie kwestię zniknięcia poprzednich lokatorów.

…………………………………

I co myślicie?  Aaaa..polecam Wam dwie piosenki które mnie inspirowały do tego rozdziału A. F. I – Prelude 12/21 i Arshad – Girl on fire ;)

Niezmiennie zakazuje się kopiowania treści;)

17 komentarze więcej...

Rozdział 6.

przez , 18.sty.2015, w Bez kategorii

Elisabeth powoli otworzyła oczy. Czuła ból niemal każdej części ciała. Z jękiem podniosła się do pozycji siedzącej. Spojrzała przed siebie i omal nie krzyknęła. Pod przeciwległą ścianą siedział on, tępym wzrokiem patrząc na nią.
- Nie spałeś?
- Spałem. Bardziej odpowiednie pytanie to, co teraz? – uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Choć z drugiej strony odpowiedź jest prosta. Od jutra będziesz mieszkała w sąsiednim mieście. Dziś załatwię ci mieszkanie, z pozostałymi rzeczami sobie poradzisz.
Wstał, patrząc na nią w sposób, który powodował u niej niepokój.
- O czym ty mówisz? – wplotła palce we włosy, nie nadażając.
Wzniósł oczy ku niebu.
- Myśl szybciej. Nie zamierzam za każdym razem tracić cennego czasu na tłumaczenie ci oczywistości. – sarknął. – Mówię o tym, że gdziesz musisz mieszkać, a do swojego dawnego domu nie wrócisz.
Zmarszczyłam brwi.
- Słucham?
- Nie grzeszysz, panienko inteligencją. Jeśli wrócisz do domu, zabiją ci nim otworzysz drzwi, a mnie razem z tobą, bo o ile dobrze pamiętam, nie powinnaś zyć od około 12 godzin.
- Ale..ten dom..moja mama…
- Słuchaj, dziewczynko. Nie obchodzi mnie twoja matka, babka ani żaden członek twojej rodziny. Jutro o świcie przenosisz się do tamtego miasteczka. Poradzisz sobie, chyba cię na to stać..
- Ja… – podniosła na niego wzrok – Skąd wiesz o pieniądzach?
Roześmiał się.
- Nie traktuj tego personalnie. Liczyłem na spłatę długu u siostry. Jutro stąd odchodzisz.
Wstała. Czuła rosnący w duszy gniew.
- Nie możesz zmieniać mojego życia. Nie mogę ot tak się wynieść. Nie zostawię teg domu. Mam tam swoje rzeczy, wspomnienia. Nie odejdę!
- W takim razie jesteś głupsza niż przypuszczałem. Nie zamierzam się z tobą kłócić. Albo się wyniesiesz, albo zostaniesz tu. – warknął – tylko uprzedzam, nie liczyłbym na częste towarzystwo. Przemyśl to. – nim zdążyła odpowiedzieć, rozpłynął się. Została sama i miała ochotę rozpłakać się jak dziecko.

Kula. Płomień. Ogień. Nóż. Rzut. Dziura w sercu.
Tuzin młodych demonów, trenowało na ogromnej skalistej powierzchni. Przy ścianach paliły się pochodnie, po całej sali porozstawiane były różne wymyślne narzedzia niosące ból i śmierć, a także manekiny.
- Szybciej, celniej. Derek uważasz, że to zabawne? Celuj w serce, rozpieszczony gówniarzu!
Głos trenera rozniósł się po wnętrzu. Stojący pod ścianą demon przekrzywił głowę i uśmiechnął się lekko. Przypomniały mu się jego własne treningi.
-Marco – czyjeś dłonie oplotły go w pasie. Odwrócił się.
-Iris? Sądziłem, że ostatnio skutecznie cię uraziłem.
Potrząsnęła głową.
- Któżby rozpamiętywał takie drobiazgi. Widzisz, kochanie, ja nie chowam zbyt długo urazy.
Spojrzała na niego lubieżnie i niby przypadkiem rozpieła guzik jego koszuli.
- Poza tym, to doskonały sposób, by się pogodzić.
Marcos otworzył usta, by odpowiedzieć, jednak coś mu przerwało. Tym czymś, był krzyk kobiety, na dźwięk którego jego serce zamarło. Odepchnął Iris i pognał do sali, w której wykonywane były egzekucje.
Pchnął drzwi.
- Marcos, przybyłeś w samą porę. – odezwał się władca. – Jak widzisz to zadanie nie było aż tak trudne.
Demon spojrzał w bok. Tam, za grubą kratą, uwięziona była jasnowłosa piękność. Stała, dumnie wyprostowana, mierzyła wzrokiem wszystkicg dookoła.
- Tym razem nie umknie. W celach od dziś nie działa żadna magia. – uśmiechnął się do siebie triumfująco i popatrzył na swoich trzech towarzyszy. – Czy któryś z was ma ochotę? – wyciągnął przed siebie sztylet, którego rękojeść zdobiona była szlachetnymi kamieniami.
- Ja – stanowczy głos Marcosa, odebrał braciom ową szansę.
Demon siegnął po sztylet i spojrzał na siostrę. Patrzyła mu w oczy. Niedostrzegalnie skinęła głową. Wiedział, że zrozumiała. Bez wachania rzucił sztylet w jej kierunku. Ten, zgrabnie przeleciał przez kratę i zatopił się w sercu Lavinii. Kobieta stęknęła i opadła na kolana. Uniosła pełne wśiekłości oczy na króla.
- Nie myśl, że to koniec, tatusiu. Jeszcze nadejdzie twój kres. A ta chwila nie będzie długo czekać. – uśmiechnęła się gorzko i opadla na zimną, marmurową podłogę. W sali egzekucji zaległa grobowa cisza.

……………………………………………………………..

Nie jestem zadowolona z tego rozdziału…. coś nie poszło….

Zastrzegam sobie prawa autorskie zabrania się kopiowania treści.

14 komentarze więcej...

Rozdział 5.

przez , 12.sty.2015, w Bez kategorii

Lavinia odruchowo osłoniła Lizz.
- Jak mnie tu znalazłeś?
Demon uśmiechnął się, rozbawiony.
- Doprawdy, Lavinio. Przez całe swoje dzieciństwo chowałaś się tu przed ojcem i trenerami.
Kobieta zganiła się w duchu za bezmyślność.
- Wezwałeś już swoich pobratymców? – uniosła głowę do góry, chcąc mu pokazać, że nie podda się do ostatniej sekundy swojego życia.
Marcos wykonał krok w ich kierunku.
- Lavinio, to również twoja rodzina.
- Rodzina?! – zjeżyła się. – Od kilku lat usiłujecie mnie zabić! – spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się kpiąco – Możesz być z siebie dumny, masz niepowtarzalną szansę zabłysnąć i wykonać wyrok.
- Lavi…- jęknął – Lavi, proszę wybacz mi. – powoli wykonywał kolejne kroki – nawet nie masz pojęcia jak niewyobrażalnie żałuję. Tylko… co ja mogłem zrobić?
- Zareagować? – prychnęła.
- I skończyć tak jak ty? Siostrzyczko, ja nie jestem taki jak ty. Nie zamierzam bawić się w dobrą duszyczkę. Jestem demonem Lavi i dobrze mi z tym.
- Nie? A jednak stoisz tu i mnie przepraszasz. Chyba, że za moment zjawi się tu sam tatuś-król z całym piekielnym wojskiem?
Marcos złapał ją za rękę.
- Mówię szczerze, co niczego nie zmienia. Chodzi mi tylko o ciebie.
Potrząsnęła energicznie głową.
- Marco, jesteś niedorzeczny. Życzę ci, byś kiedyś zrozumiał. – uwolniła dłoń i obeszła go dookoła. – Przypuśćmy, że ci wybaczę. Jednak tylko pod warunkiem, że spełnisz moją prośbę.
-Niczego ci nie obiecam.
Zatrzymała się i utkwiła w nim srogie spojrzenie.
- Gdy ty razem z tą bandą czarnych popaprańców, wymyślałeś sposób, by mnie unicestwić, ona bezwiednie ratowała mi życie! – wskazała dłonią na Elizabeth, która niemal podskoczyła, nie spodziewając się, że rozmowa zacznie jej dotyczyć. – Więc nie opowiadaj bzdur. Ty nie kiwnąłeś nawet palcem by zatroszczyć się o moje życie, więc jeśli chcesz przeprosić, to tylko na moich warunkach, inaczej zabieraj się stąd. – zrobiłą pauzę. – Chcę, byś ją chronił. Oboje wiemy, że jest w niemniejszym niebezpieczeństwie niż ja.
- Mam być bodyguardem? – wybuchnął śmiechem. – Czy nie wystarczy, że jej nie zabiłem? Sądziłem, że nie wypełniając tego rozkazu, wyświadczam ci przysługę.
- Miałeś mnie zabić? – wymamrotała Elizabeth mało przytomnie.
Lavinia przez dłuższą chwilę wpatrywała się w nieprzeniknioną twarz brata.
- Zlekceważyłeś rozkaz? – uśmiechnęła się w duchu. – Może jest jeszcze dla ciebie nadzieja.
- Nie jesteś zły? – jeszcze przed skończeniem pytania Lizzy pożałowała, że w ogóle zabierała głos.
W jednej chwili Marcos stanął przed nią. Jego twarz od jej twarzy dzieliły milimetry.
- Przekonamy się? – uśmiechnął się złowrogo.
- Marco! – upomniała go siostra. – Sprawa jest poważna, ja muszę odejść.
Spojrzał na nią.
- Dokąd?
Lavinia przekrzywiła głowę i lekko się uśmiechnęła.
- Marco…
Machnął ręką, nagle rozdrażniony.
-Nieważne. Jeżeli chcesz, bym się bawił w babysitter, to muszę coś załatwić.
- To znaczy?
Uśmiechnął się nieprzyjemnie.
- Skoro ty masz swoje tajemnice, to ja również.
Nie spojrzawszy nawet na Elizabeth, zdematerializował się. Za to ona nie potrafiła wyjść z szoku.
- Sama potrafię o siebie zadbać- zaoponowała.
Lavinia otoczyła ją ramieniem. Rozejrzała się, zaczynało zmierzchać.
- To z mojej winy jesteś w niebezpieczeństwie, więc muszę zapewnić ci ochronę. Jestem Ci to winna.
- Ale…
- Nie przejmuj się Marcosem. Nie ufam mu, ale wiem, że jest honorowy. Poza tym chce pozbyć się wyrzutów sumienia, one nie pasują do ideału demona. – dodała nie bez ironii.
- Dlaczego musisz odejść? – zapytała, rozsiadając się na wilgotnym podłożu.
- Jestem pewna, że wciąż mnie ścigają. Zostając tu z tobą, ryzykujemy podwójnie. Ty również nie będziesz mogła być tu zbyt długo. Marcos na pewno coś wymyśli. Teraz ratuje też własną skórę.
- Dlaczego cie ścigają?
Jej twarz rozjaśnił uśmiech.
- Dopuściłam sie najpoważniejszej zbrodni, postanowiłam żyć inaczej. Nie chciałam trenować, zabijać, torturować. – potrząsnęła głową. Po chwili uniosła ją, uśmiechając się ciepło do dziewczyny. – Połóż sie spać, Lizzy. Ja poczekam na Marcosa. – podeszła do niej i ją przytuliła. – Dziękuję ci za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. I przepraszam, że namieszałam ci w życiu.
Lizzy w odpowiedzi uśmiechnęła się blado. Ułożyła się na twardej skale. Długo nie mogła zasnąć. Nie po tym, co sie tego dnia wydarzyło. Poza tym, warunki do snu miała conajmniej koszmarne. Po nieokreślonym czasie czuwania, jej umysł sam stracił kontakt z rzeczywistością.
Lavinia siedziała przed grotą. Oparta o skalną ścianę wpatrywała się w jasny księżyc. Jej myśli błądziły po czasach dzieciństwa, gdy często była prześladowana przez inne demony. Marcos początkowo ją bronił, jednak gdy szykanowania dotknęły również jego, zostawił ją własnemu losowi. Pamiętała też ów dzień, gdy ją pojmali. Rozpoczynali swe tortury, a on patrzył…pamiętała jego szare oczy, zagubione szare oczy, które uparcie starały się stwarzać pozory.
- Wróciłem – usłyszała za sobą.
Pospiesznie otarła pojedyńczą łzę, która niesfornie wypłynęła spod powieki. Wstała. Uśmiechnęła się blado.
- Powiedziałem im, że ją zabiłem, a ty ukradłaś ciało i uciekłaś. – odezwał się szorstko.
- Uwierzyli?
Zaśmiał się. Jednak ten śmiech nie sięgał oczu. Wyszedł z groty i skierował się na skraj przepaści. Utkwił wzrok w spokojnej tafli wody, w której odbijał się księżyc i rozgwieżdżone niebo.
- Zdradziłem ich.
Lavinia położyła mu dłoń na ramieniu.
- Marco… – zaczęła.
- Nie. – przerwał jej. – Nie rozumiesz. Chciałaś, to ją ochronię, ale to wszystko. Nie wyobrażaj sobie nic i nie próbuj mnie pocieszać.
Pokiwała tylko głową.
- Odchodzę. Trzymaj za mnie kciuki, by udało mi się przeżyć jak najdłużej. I Marco… jeśli mnie złapią. Jeśli coś pójdzie nie po mojej myśli…tym razem też nie reaguj. Nie możesz narażać się na ich gniew. Ona nie zasłużyła na smierć z naszego powodu.- Marco?
Patrzył na nią nie wiedząc, co powiedzieć.
- Marco obiecaj, że mnie nie uratujesz.
Zmarszczył się.
- Marco!
- Obiecuję – odparł drętwo.
- Kocham cię, braciszku. – pocałowała go w policzek i rozpłynęła się w powietrzu
Marcos długo jeszcze tam stał, wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą stała, dotykając dłonią policzka, na którym przed chwilą złożyła pocałunek.

 

Zastrzegam sobie prawa autorskie i zabraniam kopiowania treści.

18 komentarze więcej...

Rozdział 4.

przez , 11.sty.2015, w Bez kategorii

Mimo niezliczonych wątpliwości, Lizz zdecydowała się zatrzymać ofiarowane jej pieniądze. Głównym aspektem, działającym na niekorzyść tej decyzji było to, że nie miała pojęcia, kto był ofiarodawcą.
- Dostałaś je, to znaczy, że są twoje i nie ma nad czym się rozwodzić. – tłumaczyła jej Becky.
Jednak Elizabeth odczuwała pewien dyskomfort przyjmując taką kwotę od nieznajomego. Co dziwne był to nieznajomy, który znał ją na tyle, by wiedzieć, że ma kłopoty finansowe. Zmuszona była zignorować te rozterki. Pokornie poddała się losowi. Gdy opłaciła rachunki z jej serca zniknął wielki cieżar. Zaczęło ją jednak martwić zupełnie coś innego. Midnight zachowywała się conajmniej dziwnie. Przestała wychodzić z domu, całe dnie spędzała na posłaniu w kącie pokoju.. Zdawała się być nerwowa, straciła apetyt. Rozważała właśnie wizytę u weterynarza, gdy wszystko się zmieniło.
Było to dzień po otrzymaniu koperty z pieniędzmi. Na zewnątrz było szaro i duszno. Potężne bałwaniaste cumulonimbusy toczyły się po nieboskłonie. Rozległo się natarczywe pukanie do drzwi. Elizabeth podkręciła moc niedużego wentylatora i skierowała się do przedpokoju. Otworzyła.
- Doceń panienko, że pukam i powiedz mi gdzie ona jest. – czarnowłosy mężczyzna wwiercał w nią mroczne spojrzenie.
Stała, jak sparaliżowana, mogąc jedynie wyrzucić z siebie ciche „co?”
- Elizabeth, przestań się ze mną bawić. – szybkim ruchem złapał ją za gardło i przycisnął do ściany. – Gdzie jest twoj kot?
Dziewczyna szamotała się, próbując uwolnić, jednak uścisk Marcosa był zbyt silny. Nagle, niewiadomo skąd na jego twarz rzuciła się kotka. Szybkim, acz ostrożnym ruchem zrzucił ją z siebie. Elizabeth opadła na podłogę, zanosząc się od kaszlu. Kątem oka dostrzegła, jak jej kotka powoli przeistacza się w piękną kobietę. Na czworakach doczołgała się pod przeciwległą ścianą. Marcos stracił nią zainteresowanie. Wpatrywał się teraz w piękną blondynkę o długim, grubym, sprężystym warkoczu. Jej szaroniebieskie oczy miały w sobie niesamowity blask. Szare ubranie i czarne kozaki podkreślały jej szczupłą sylwetkę. Lizzy mimowolnie otworzyła usta.
- Lavinia – usłyszała jęk Marcosa, po czym dostrzegła jego ciało uderzające w drzwi i wypadające z hałasem na zewnątrz.
Lavinia podbiegła do dziewczyny i złapała ją za rękę.
- Nie bój się – wyszeptała i obie rozpłynęły się w powietrzu.
Marcos wszedł do środka, jednak nikogo już nie zastał. Klął w duchu na swoją głupotę. Lavinia zniknęła, a jemu zostały jeszcze tylko 24godziny. Z impetem uderzył pięscią w ścianę.. Po wnętrzu rozległ się jego pełen rozpaczy ryk.
Wiatr dął niemiłosiernie. Wzburzony bezkres wody tworzył pieniste bałwany, które z hukiem uderzały o klif. Na owym skalnym wzniesieniu zmaterializowały się dwie postaci. Jedna z nich z przerażeniem zaczęła wycofywać się do niedużej groty za sobą.
- Elizabeth, proszę wysłuchaj mnie- rozległ się łagodny głos Lavinii.
Dziewczyna rozbieganym wzrokiem rozglądała się dookoła.
- Czym wy do cholery jesteście?! Gdzie ja jestem? Jak…
- Ciiii…- dłonie kobiety wspokajająco dotknęły jej ramion. – Za chwilę wszystko ci wyjaśnię.. Proszę tylko, byś uwierzyła, że nie zrobię ci krzywdy.
Oddech dziewczyny uspokoił się, wciąż jednak nieufnie wodziła wzrokiem.
- Na imię mi Lavinia. Jestem wyrodną córką króla Czarnego Królestwa. Przez ostatnie lata zmuszona byłam żyć pod postacią kota, gdyż w królestwie jestem niemal ścigana listem gończym. – uśmiechnęła się krzywo i usiadła opierając się o wystający głaz. – Nie ma teraz czasu, by opowiedzieć ci wszystko ze szczegółami, ale musisz wiedzieć, że na świecie istnieją potężne siły i potężne istoty. Demony są do szpiku złe. Nie mają w sobie ani krztyny dobroci i nie są do niej zdolne.
- A ty?
Elizabeth wyraźnie się rozluźniła. Od natłoku nieracjonalnych wydarzeń rozbolała ją głowa, ale intuicja podpowiadała jej, że ta kobieta nie zrobi jej krzywdy. Poza tym wrodzona ciekawość zdecydowanie pokonywała tlący się w jej sercu strach.
- Jestem w połowie człowiekiem. – westchnęła – Wieki temu, mój ojciec uwiódł kobietę, człowieka. Z tego związku zrodziłam się ja i mój brat. Dzięki ludzkim genom mamy możliwość doświadczać ludzkich uczuć. Ja dodatkowo nie jestem tak silna, nie władam tak rozwiniętymi mocami jak oni. To po części skutek tego, że nie uczęszczałam na treningi…Za to mój brat…on lekceważy ludzkie pochodzenie – skrzywiła się. – chce być taki sam jak oni, mimo że mógłby być inny. – w jej słowach zabrzmiała nuta bólu. Elizabeth miała ochotę otoczyć ją ramieniem. Zamiast tego zapytała:
- Twój brat…kim on jest?
Lavinia otworzyła usta, by odpowiedzieć. Jednak w tym samym momencie na skale pojawił się ktoś, kto ją ubiegł. Marcos stał z założonymi rękami i nieprzeniknionym wzrokiem patrzył na postaci przed sobą.
- Sądzę siostrzyczko, że musimy porozmawiać.

 

Niezmiennie zastrzegam prawa autorskie i zabraniam kopiowania ;) 

Liczę, że nie pogrążam się w banalności… sama zaczynam mieć mieszane uczucia… w razie czego alarmujcie;)

11 komentarze więcej...

Rozdział 3.

przez , 08.sty.2015, w Bez kategorii

Kolejny miesiąc przyniósł Elizabeth wiele zmartwień. Poszukiwania pracy okazały się trudniejsze, niż początkowo zakładała. Za każdym razem dowiadywała się, że nie spełnia jakiegoś warunku, choć przede wszystkim chodziło o brak doświadczenia. Dni mijały a suma na jej koncie niebezpiecznie sie zmniejszała. Koperty z rachunkami leżały na lodówce. Nie miała pojęcia, jak to wszystko opłacić. Ciągła spirala nerwów odbijała się na jej kondycji fizycznej i psychicznej. Stała się rozdrażniona, twarz jej poszarzała a oczy stały się nieobecne. Każdą chwilę poświęcała na poszukiwanie sposobu, by odbić się od dna. W tych ciężkich chwilach wspierała ją Becky. Niemal 10 lat starsza, często traktowała Lizz, jak swoją niesforną młodszą siostrę. To ona pewnego dnia zaproponowała, by Lizz przeprowadziła się do niej.
- Ale, Becky. . .
- Pamiętam o twojej mamie, Lizzy – powiedziała, przeglądając ofertę ciast w kawiarni. – Ale nie masz grosza. Jak chcesz zadbać o ten dom? To nie jest twoja wina. . .tylko, że musisz teraz podjąć rozsądną decyzję. Mogę cię przyjąć na jakiś czas, póki nie znajdziesz pracy. Będziesz miała pieniądze ze sprzedaży domu. To da ci możliwośc zrobienia kilku kursów. Będzie ci łatwiej.
Jednak Elizabeth nie chciała o tym słyszeć. Czuła się związana obietnicą, której nie mogła złamać. Becky pokręciła tylko głową i westchnęła z rezygnacją.
- Przyjmij chociaż to. – wcisnęła jej do ręki kilka banknotów.
- Ja nie…
- Nie denerwuj mnie. Wiem, że w zeszłym miesiącu nie udało ci się zapłacić za prąd. Teraz dostałaś kolejne wezwanie do zapłaty. Oddasz mi, gdy znajdziesz pracę.
Dziewczyna z wdzięcznością skinęła głową i schowała pieniadze do kieszeni. Była wdzięczna przyjaciółce. Ten gest musiał ją kosztować niejedno wyrzeczenie. Becky wciąż pracowała u Stripta i Lizz pamiętała jak niskie tam były zarobki. Ta pożyczka zdeterminowała ją do jeszcze intensywniejszego – jeśli to możliwe- szukania pracy.
W całym tym okresie była tylko jedna rzecz, która zdawała się być dobra. Ów zbłąkany, badź obłąkany turysta więcej się nie pokazał. Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Bała się, że będzie ją prześladował. Mieszkała sama i obcy, ewidentnie szalony mężczyzna w pobliżu poważnie zaburzyłby jej poczucie bezpieczeństwa.
Owego upalnego dnia, gdy dwie bliskie przyjaciółki, chroniły się przed słonecznym żarem w domowym zaciszu, rozległ się dzwonek do drzwi. Elizabeth niechętnie podniosła się z miejsca. Otworzyła, jednak na werandzie nikogo nie było. Wyszła przed dom, chcąc się rozejrzeć, ale i tam nie było żywej duszy. Kląc w duchu na młodocianych idiotów, zawróciła. Złapała za klamkę i znieruchomiała. Na progu leżała beżowa koperta w formacie A4.
- I kto to . . . – Becky urwała w pół zdania. Podniosła kopertę i spojrzała na przyjaciółkę. – Co to?- obróciła ją w dłoniach – Nie ma adresu ani znaczka. Ktoś przyniósł to osobiście. Otwórz – wyciągnęła ku niej kopertę.
Elizabeth wzięła ją i zamknęła drzwi. Skierowała sie spowrotem do salonu.
- Boże, a jeśli to znowu ten facet? Może bawi się w listy z pogróżkami?
- Jeśli nie otworzysz, to się nie dowiesz. – stwierdziła Becky, ponownie rozsiadając się w fotelu.
Lizz ostrożnie, jakby miała do czynienia z tykającą bombą, otworzyła kopertę i wsunęła do niej rękę. Poczuła dwa równe bloczki. Pospiesznie wysypała zawartość na stół.
- Jasna cholera! – usłyszała głos Becky obok siebie.
Dwa bloczki banknotów wypadły na stół, a razem z nimi drobna karteczka.
Te drobne kilkanaście tysięcy powinny podnieść twój poziom życia na jakiś czas.
- Masz cholernie dzianego anioła stróża, kochanie – stwierdziłą Becky, klepiąc przyjaciółkę po ramieniu.

- Marco, co ty odstawiasz? Życie ci nie miłe? – jej długie, czarne paznokcie jeździły po jego twarzy
- Nie twoja sprawa – warknął, łapiąc ją mocno za nadgarstek – Zakończ wreszcie te żałosne podchody Iris, oboje wiemy o co ci tak naprawdę chodzi. Może dla odmiany osaczysz któregoś z moich braci?
Kobieta wyrwała rękę, a jej czarne, jak węgle oczy patrzyły na niego wściekle.
- Pożałujesz tego kiedyś, ty marny królewski pomiocie.
Marcus z rozbawieniem patrzył jak odchodzi, a jej spięty wysoko, ciemny kucyk energicznie kołysze się z boku na bok. Zaraz jednak uśmiech zniknął z jego twarzy. Przypomniał sobie dokąd idzie. Gdy popchnął potężne, dwuskrzydłowe drzwi, grotę wypełnił potężny głos władcy.
- Odsuwam cie, Marcosie. Zbyt długo to trwa. Nie mam ochoty przyglądać się twojemu lenistwu. Nie myśl jednak, że ujdzie ci to płazem. Będziesz musiał się zrehabilitować.
Marcos uklęknął przed tronem, nie mając odwagi spojrzeć przed siebie. Zdawał sobie sprawę z tego, że zawiódł, jak również, że musi zrobić wszystko, by odbudować nadszarganą, przez to felerne zadanie, opinię.
- Zabijesz dziewczynę. Mieszka zbyt blisko gór. Poza tym jej kontak z Lavinią jest nam wyjątkowo nie na rękę. Jeśli Lavinia ma umrzeć, to ta ludzka suka też. Masz 48 godzin. Jeśli nie wykonasz zadania, zginiecie wszyscy troje. Zrozumiano?!
Marcos skłonił się jeszcze niżej.
- Tak, Panie, niebawem dziewczyna wyda ostatnie tchnienie.

 

Dziś trochę krócej, ale następny będzie dłuższy ;)

Zastrzegam sobie prawa autorskie, zakazuje się kopiowania wszelkich treści zawartych na blogu i wykorzystywania ich w jakimkolwiek celu.

14 komentarze więcej...

Rozdział 2.

przez , 06.sty.2015, w Bez kategorii

- Witaj, jestem Marcos.
Patrzyła na niego w osłupieniu, całkowicie ignorując wyciągniętą do siebie dłoń.
- Akwizytorom dziękuję. – powiedziała powoli, doskonale zdając sobie sprawę, że to nie akwizytor.
Brunet z szarymi oczami, czarna, lekko rozpięta u góry koszula, czarne spodnie. Akwizytorzy się tak nie ubierają.
Nieznajomy cofnął rękę i uśmiechnął się przyjaźnie.
- Niczego nie sprzedaję. Jestem na wakacjach u rodziny. Zgubiłem się – mówił opanowanym, beztroskim tonem.
- Zgubiłeś. . . – powtórzyła tępo.
Gdzieś w głębi serca zaczęła odczuwać nagłą cheć ucieczki. Stała jednak dalej, nie chcąc wyjść na kompletną idiotkę.
- Gdzie mieszkasz?
- W centrum miasteczka. Wybrałem się w góry. Doprawdy niesamowite miejsce. Niestety nie pamiętam, któredy do przystanku autobusowego.
- Za tamtym zakrętem – wskazała ręką docelowe miejsce.
Uśmiechnął się i skinął lekko głową.
- Dziękuję… – spojrzał na nią pytająco.
- Lizz.
- Elizabeth, piękne imię – dodał miekko – zatem, dziękuję za pomoc, Elizabeth. Może los pozwoli nam się jeszcze kiedyś spotkać. – skinął raz jeszcze głową i oddalił się, pozostawiając dziewczynę całkowicie zdezorientowaną.
Z pozoru normalna sytuacja. Ot, zbłąkany turysta. Jednak coś tu ewidentnie nie grało. Jakbym miała czas na zajmowanie się pierdołami – pomyślała i ponownie rozsiadła się na ławce, wracając do przerwanej lektury.
Niedługi czas potem zajęła miejsce na lekko sfilcowanym kocu, który służył za narzutę na kanapę i włączyła największy odmóżdżacz, jaki znalazła w telewizji. Była wyczerpana psychicznie. Wykonała kilkanaście telefonów, z czego została umówiona tylko w jedno miejsce na ósmą rano. Praca pokojówki w hostelu nie była szczytem jej marzeń, ale albo to albo niebawem wyląduje pod mostem. Nie sądziła, że będzie aż tak trudno. Poprzednią posadę załatwiła jej Becky, teraz była zdana tylko na siebie. Ni stąd ni z owąd, na jej kolana wskoczył czarny kot.
- Midnight, co cię napadło rano? – spytała, czule głaszcząc kotkę po grzbiecie.
Uwielbiała tego zwierzaka. Znalazła go w lesie, gdy mama jeszcze żyła. Kotka od razu obdarzyła ją sympatią, mimo że innych jeszcze przez kilka tygodni traktowała z rezerwą. Po kilkugodzinnym sitcomowym seansie, Lizzy doszła do wniosku, że najwyższy czas, by przygotować się do jutrzejszego spotkania. Wzięła prysznic, przygotowała odpowiedni strój. Położyła się wcześniej spać, by rano być wypoczętą, a przed snem modliła się, by nadchodzący dzień był dla niej szczęsliwy.
Tego dnia pogoda nie nastrajała optymistycznie. Pochmurne niebo ostrzegało przed niespodziewanym deszczem i uniemożliwiało przedarcie się słońcu. Lekki wiatr poruszał koronami drzew, dając odczucie chłodu i świeżości. Elisabeth wstała z łóżka. Pełna była energii i motywacji do działania. Ubrała się, wsiadła do samochodu i wyruszyła do miasteczka. Nie była w stanie niczego przełknąć. Żołądek podchodził jej do gardła. Gdy była już pod drzwiami gabinetu kierowniczki, bała się, że za moment zwymiotuje. Zapukała. Wewnątrz rozległo się drętwe „proszę”. Niepewnie otworzyła drzwi i weszła do środka.
- Dzień dobry, jestem Elizabeth Rook. Byłam dziś umówiona na rozmowę.
Tyczkowata kobieta w średnim wieku utkwiła w niej przenikliwe spojrzenie.
- Rook? – zmarszczyła brwi, przeglądając pliki w komputerze. – A, tak. To już nieaktualne.
Lizzy poczuła, jakby ktoś uderzył ją w twarz.
- Jak to?
- Już kogoś znaleźliśmy. Jeśli to wszystko, to proszę wyjść, mam dużo pracy.
- Dlaczego nikt mnie nie poinformował? Przyjechałam tu specjalnie. . .
- Droga pani, nie interesuje mnie to. Nie zatrudnimy pani, proszę wyjść.
Dziewczyna westchnęła.Wiedziała, że nic nie wskóra. Potulnie opuściła biuro, a następnie budynek. Tylko się nie rozpłacz – upominała się w duchu. Jest cała masa ofert, które na ciebie czekają.
Będąc w mieście, podjechała do banku, by ocenić swoją sytuację finansową. Jednakże i tym razem czekała ją niemiła niespodzianka.
- Ile? Pani chyba żartuje. Powinno wpłynąć dwa razy tyle.
- Niestety tylko taką kwotę zarejestrował nasz system.
Wiedziała, że połowa jej i tak śmiesznie niskiej miesięcznej pensji, była zemstą Stripta. Wyszła z banku. Grube krople deszczu zaczęły moczyć jej włosy i ubranie. Zaczęła się histerycznie śmiać. Otworzyła samochód i zajęła miejsce za kółkem. Oparła głowę o kierownicę a jej śmiech zmieszał się z płaczem. Miała już 21lat, jednak teraz czuła się jak 5-letnia dziewczynka, która pragnie wtulić się w ramiona rodziców. Była jednak sama. Ojciec zginął w wypadku samochodowym, gdy miała 10 lat. Matkę pokonał szybko rozwijający się nowotwór. Nie miała rodzeństwa, a z dalszą rodziną nigdy nie utrzymywali kontaktów. Była sama, a teraz tak bardzo potrzebowała kogoś, kto by jej pomógł. Czuła, że zbliża się plecami do ściany w ciemnej uliczce.
W końcu uruchomiła silnik i odjechała. Po drodze odwiedziła kiosk i wykupiła wszystkie gazety, w których można było znaleźć ogłoszenia o pracę. Z nowymi zasobami energii, obiecując sobie w duchu, że żaden gruby pajac nie zniszczy jej życia, wróciła do domu. Wysiadając z samochodu usłyszała trzask rozbitego szkła. Podbiegła na werandę, gdzie dostrzegła rozbity kubek i rozlaną, wczorajszą kawę. W pośpiechu okrążyła dom i znieruchomiała.
- Hej! – wrzasnęła, czując, że to wszystko zaszło już za daleko. – Tak, do ciebie mówię. Co ty do cholery robisz z moim kotem?!
Odruchowo sięgnęła po stojącą pod ścianą miotłę. Przestało już padać, jednak z jej mokrych kosmyków wciąż kapała woda. Midnight, korzystajac z nieuwagi napastnika czmychnęła do lasu. Elizabeth stała nieruchomo, szykując się do ataku.
Zbłąkany turysta podszedł do niej.
- Witaj Elizabeth, już wczoraj się poznaliśmy.
Potrząsnęła głową, nie mogąc uwierzyć w spokojny ton jego głosu. Wycelowała w niego miotłą.
- Wynoś się stąd, albo zadzwonię na policję.
- Ależ Elizabeth, daj mi wyjaśnić. Swoją drogą czy to nie cudowny przypadek, że znów się spotykamy? – uśmiechnął się w bliżej nieodgadniony sposób.
- Przypadek?! Gonisz MOJEGO kota po MOIM trawniku i mówisz o przypadku?! Wypieprzaj stąd, bo zadzwonię na policję.
Podszedł do niej, złapał za kij i chciał go odstawić. Gdy natrafił na opór, cofnął rękę.
- Chciałbym wyjaśnić, nie zamierzałem cię niepokoić, otóż. . .
Jedną ręką sięgnęła po telefon. Spojrzała na niego wyzywająco. Uniósł ręce do góry.
- Już sobie idę, ale to jest mój kot i powinien do mnie wrócić.
Opuściła lekko miotłę. Zaraz jednak uniosła ją ponownie.
- Nie wierzę ci. Podobno spędzasz tu wakacje.Choćby nawet to był twój kot, to znalazłam ją w stanie, świadczącym o tym, że ktoś się nad nią znęcał. To też jest karalne. Jak również wtargnięcie na teren czyjejś posesji. – pomachała mu przed nosem komórką.
Uśmiechnął się nieszczerze i oddalił się.
- Niezwykle odważna istota – wymamrotał do siebie, a jego oczy błysnęły złowrogo.
Elizabeth jednak tego nie słyszała. Osunęła się na trawę i odrzuciła od siebie kij. Starała się opanować drżenie rąk. Jakby tego było mało, mam psychopatę na głowie.

- Marcosie jestem rozczarowany twoimi postępami, a raczej ich brakiem. – potężny głos władcy, niczym grzmot rozniósł się po ciemnej grocie. – Pytam po raz ostatni, znalazłeś ją?
- Tak, Panie. – odparł, klęcząc przed tronem z pochyloną głową – wiem, gdzie ona jest, jednak pojawiły się pewne trudności.
- Milcz! – ryknął – Nie zapomnij, kim jesteś. Masz ją tu przyprowadzić bez względu na wszystko i lepiej się postaraj, inni mogą zająć twoje miejsce.
- Tak, Panie, niebawem ją przyprowadzę. – odparł pokornie i rozpłynął się w powietrzu.

……………………………………………………………………

Dziękuję wszystkim za poprzednie komentarze. Cieszę się, że się podoba. zachęcam do dalszego komentowania i pisania szczerze jeśli cokolwiek nie będzie wam się podobało ;D oczywiście znów przepraszam za literówki.

 

Zastrzegam sobie prawa autorskie i zabraniam kopiowania treści bloga lub wykorzystywania ich w jakimkolwiek innym celu.

21 komentarze więcej...

Rozdział 1.

przez , 04.sty.2015, w Bez kategorii

Z siłą trzasnęła drzwiami. Weszła do domu, majac ciagle w glowie najbardziej wulgarne wiazanki przeklenstw. Rzucila kurtkę w kąt i pospiesznie zsunela buty. Przeszła do pokoju i rzuciła telefon na łóżko. Spojrzała w nieduże lusterko umieszczone nad komoda i zaczeła rozplatac gruby ciemny warkocz. Gnojek, kawał oblesnej parszywej świni- mamrotała pod nosem. Trudno było ją posadzić o dobry dzień. Dlatego też tak bardzo pragneła go zakonczyć. Opadła zmeczona na krzesło. Wplotła palce we włosy. Była bliska płaczu. Usłyszała dzwoniący telefon. Niechętnie podeszła do łóżka, odebrała.
- Lizzy, kochanie co sie stalo? Wyleciałaś z biura jak poparzona- miekki, pełen troski głos przyjaciółki sprawił, że poczuła gule w gardle.- Gdzie jesteś?
– W domu- odparła stłumionym głosem- Becky zadzwonię do ciebie jutro, dziś nie mam już na nic siły. Przepraszam- dodała po chwili i nie czekajac na reakcję, rozłączyła sie. Wgramoliła się pod kołdrę i ukryła się pod nią cała.
Jego gruby głos wciaż dźwięczał jej w głowie. ‚”Oczywiście, że dam pani podwyżke. Jednak dodatkowe pieniądze, to dodatkowe obowiązki. Bedzie pani moja osobistą.. . asystentką – dodał z lubieżnym usmiechem.” Nie chciała robić z siebie dziwki. Wiedzała, że nawet gdyby tam dziś nie poszła, ta propozycja i tak by padła. Stript od początku patrzył na nią w dwuznaczny sposób. Niemniej jednak, byla teraz w patowej sytuacji. Bez pracy i pewności ze dostanie wynagrodzenie za ten miesiąc. W końcu uciekła w połowie zmiany. Poczuła coś miekkiego, dotykającego jej łydki. Podrapała kotke po karku. Zsuneła nieco kołdrę z głowy i położyła sie. Czarne zwierzę zajęło miejsce tuż obok niej. Dziewczyna głaskała je po brzuchu, wsłuchując się w równomierne mruczenie starając się wymazać z umysłu wszelkie myśli.
Zasnęła niewiadomo kiedy. Śniły jej się wielkie, obleśne, włochate brzuchy, które goniły ją, starając się zapędzić w kozi róg. Obudziła się z krzywą miną i poczuciem moralnego niesmaku. Odrzuciła kołdrę i dostrzegła, że wciąż jest w ubraniu. Westchnęła przeciągle i sięgnęła po telefon. 7:35. Perspektywa zmiany statusu z kelnerki na bezrobotną wprawiała ją w depresję. Rozejrzała się po pokoju. Porozrzucane ubrania niemo błagały o uporządkowanie. Różowe ściany niemalowane od wieków prosiły o odświeżenie. Z rezygnacją pokręciła głową. Czuła się jak ofiara losu. Nadodatek ofiara, która została bez środków do życia. Wyszła z pokoju i machinalnie skierował się w stronę kuchni. Otworzyła lodówkę i wyciągnęła karton mleka. Pociągnęła spory łyk, odstawiła mleko spowrotem i zamknęła lodówkę, aż nazbyt mocno. W łazience ochlapała twarz zimną wodą. Co z tego, że już tam nie pracuje? Znajdzie inna pracę, lepszą. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, na rozmazany pod oczami czarny tusz i potargane włosy.
- Weź się w garść ty głupia krowo! Mama już nie zrobi wszystkiego za ciebie. – dodała w myślach. Poczuła dobrze znane ukłucie w sercu. Jednak nie pozwoliła łzom popłynąć. Mama umarła kilka miesięcy temu, najwyższy czas, by się z tym pogodzić.
Doprowadziła się do jakotakiego porządku, zjadła śniadanie i wyszła przed dom po gazetę. Ten dom od zawsze był utrapieniem dla gazeciarzy. Oddalony kilometr od miasteczka ( ale wciaż do niego należący), niemalże u podnóża skalistych gór, bezustannie skąpanych w mrocznej mieszance mgły i chmur. Dla niej samej ten dom był ciążącą kulą u nogi. Gdyby to zależało tylko od niej już dawno sprzedałaby go i wyprowadziła się do centrum. Wiedziała jednak, że nie może. W godzinie śmierci matki obiecała jej, że zaopiekuje się domem i nie sprzeda go. Mimo, że od tego czasu minęło już wiele tygodni Elizabeth nie potrafiła złamać tej obietnicy.
Właśnie miała zabrać się do lektury gazety, gdy rozdzwonił się telefon. Podświadomie wyczuwała czyj głos usłyszy.
- Witaj, Becky.
- Na litość Boską, Lizz! Martwię się o ciebie. Co się dzieje?
Westchnęła przeciągle i zrelacjonowała przyjaciółce ubiegłodniowe wydarzenia.
- Co za wieprz! – jej głos był szczerze oburzony – Możesz go pozwać.
Wywróciła oczami.
- Niczego mu nie udowodnię, poza tym, nie chce mieć z nim nigdy wiecej nic wspólnego.
Zaległa dłuższa pauza, podczas której Lizzy wyobrażała sobie jak Becky, kręci głową z rezygnacją, jak matka nad buntującym się nastolatkiem.
- Co planujesz dalej?
- Znajdę inna pracę, to oczywiste. Muszę szybko ponownie stanąć na nogi.
- Lizzy, może wpadnę do Ciebie?
- Nie, nie dzisiaj. Bedę zajęta szukaniem zatrudnienia. Naprawdę jest ok – dodała po chwili.
Gdy odłożysza już telefon i zaparzyła kawę, wyszła na werandę usiadła na ławcę i rozłożyła gazetę na kolanach. Czarna kotka wdrapała się obok i oparła łepek na jej udzie. Dziewczyna podrapała ją za uchem i zagłębiła się w ogłoszeniach. Kilkanaście minut później poczuła że grzbiet kotki wypręża się a z pyska wydostaje się złowrogie prychanie.
- Midnight?
Kot w odpowiedzi zjeżył się i pognał do pobliskiego lasu. Lizzy podniosła się i rozejrzała. Dopiero po chwili dostrzegła ciemną postać zmierzającą ku niej od strony gór.

Z góry bardzo przepraszam za wszelkie literówki! 

Zastrzegam sobie prawa autorskie, nie pozwalam, na kopiowanie i wykorzystywanie w jakimkolwiek celu treści zawartych na blogu.

17 komentarze więcej...

Wstępu słów kilka.

przez , 03.sty.2015, w Bez kategorii

Witam!

Będzie to jeden z wielu blogów, ale jednocześnie jedyny w swoim rodzaju. Jego treścią będzie powieść. Paranormal romans. Może taka jak wszystkie a może inna… nie do końca szczęśliwa,  zdecydowanie nie cukierkowa. Ciężko mi oceniać, zostawiam to Wam. Zapraszam do czytaniai komentowania.

Czarne Królestwo cz. I „Marcos”

Pierwszy rozdział już niebawem.

4 komentarze więcej...

Uwaga.

Zawartość bloga objęta jest prawami autorskimi, ktore są własnością autora. Zabrania się kopiowania treści oraz wykorzystywania jej w jakimkolwiek celu. Byłoby miło, gdyby czytelnik dostosowywał się do zasady CZYTAM=KOMENTUJE . Nie zależy mi tylko na pozytywnych opiniach, także jeśli się coś nie podoba, śmiało ;)

Archiwum

Wpisy, chronologicznie...